Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 maja 2012

Wiara i monety


W pewnej wsi w prowincji Henan stały w bliskim sąsiedztwie dwa domy. W jednym wielkim i murowanym mieszkał szczęśliwy i zamożny rolnik. Był otoczony służbą i mógł mieć wszystko, niczego mu nie brakowało. Nie stronił nigdy od luksusu i spełniania swoich zachcianek.
Obok, w skromnej drewnianej chałupinie, żył starszy człowiek, przestrzegający bardzo surowych zasad i obyczajów. Cały swój czas przeznaczał na uprawę ziemi oraz na modlitwę.
W ciągu dnia staruszek i bogacz spotykali się niejednokrotnie, wymieniając zawsze parę zdań. Bogaty rolnik mówił najczęściej o swoich pieniądzach, a starzec o swojej wierze.
- Wiara! - kpił sobie bogacz. - Jeśli prawdą jest ze, jak mówisz, Bóg istnieje i jest taki wszechmocny i potężny, to dlaczego Go nie poprosisz, aby zesłał ci tyle pieniędzy, zebyś nie musiał już żyć w niedostatku i tak ciężko pracować?
- To bardzo dobry pomysł - odpowiedział starzec i poszedł do swojego domu. Następnego dnia, kiedy się spotkali, starzec był dziwnie rozpromieniony i szczęśliwy.
- Co ci jest, starcze?
- Nic mi nie jest. Ale dzisiaj rano, zgodnie z twoją radą, poprosiłem Boga, aby zesłał mi sto dukatów.
- Ach tak?
- Tak, i wiesz, co Mu powiedziałem ? Ze chyba wie o tym, jak dobrym zawsze byłem człowiekiem i szanowałem Jego prawa. Nalezy mi się za to nagroda i sam mogę wyznaczyć jej wysokość. Poprosiłem go o sto złotych monet.
Chyba nie jest to zbyt duza suma, jak sądzisz?
- To niewazne, co ja sądzę- odpowiedział kpiąco bogacz. - Wazne, co na ten temat sądzi twój Bóg. Moze uwaza, ze powinieneś dostać dwadzieścia albo pięćdziesiąt, albo sto osiemdziesięciu, albo dziewięćdziesiąt. Kto wie?
- Jesteś w błędzie. Bóg moze zdecydować, czy zasługuję na nagrodę, czy nie. Ja mogę ustalić jej wysokość. A ja proszę bardzo wyraźnie. Chcę stu monet. Nie przyjmę dwudziestu ani trzydziestu, ani dziewięćdziesięciu dwóch. Poprosiłem o sto i nie wątpię, ze jeśli Bóg będzie mógł się zająć moją prośbą, spełni ją. Nie będzie się ze mną targował, ani ja z Nim. O sto proszę i sto dostanę. Nie mam zamiaru zaakceptować nawet jednej monety mniej.
- Ha, ha! Jak na biedaka masz niezłe wymagania! - śmiał się bogacz.
- To czysta uczciwość. Tak samo jak On wymaga ode mnie, ja wymagam od Niego - powiedział starzec.
- Nie wierzę, abyś potrafił odmówić przyjęcia np. pięćdziesięciu monet, które ześle ci Bóg, tylko dlatego, ze nie jest ich sto.
- Jestem pewny, ze nie przyjąłbym zadnej ilości nizszej od stu, ale wyzszej tez nie. Nawet gdyby Bóg stwierdził, ze to za mało, i zdecydował się przysłać mi więcej. Reszty i tak bym nie przyjął.
- Ha, ha! Oszalałeś zupełnie. To ta praca w słońcu ci zaszkodziła. Myślisz, ze uwierzę w twoje deklaracje i twoją wiarę? Ha, ha! Chciałbym zobaczyć, jak się tego trzymasz. Ha, ha!
I sąsiedzi rozeszli się.
Nie wiadomo, z jakiego powodu, starzec irytował bogacza. Drazniła go jego skromność, wiara, spokój ducha. I ta pewność siebie! Co za nonszalancja! Jak mógł powiedzieć, ze nie przyjąłby sumy mniejszej od stu dukatów? Tu Bogacz postawił sobie cel: zdemaskować i ośmieszyć wiarę starca. Nie czekając długo, postanowił zrobić to tego samego popołudnia. Przygotował duzą sakiewkę z dziewięćdziesięcioma dziewięcioma duktami i podkradł się pod chałupę sąsiada. Starzec klęczał przed obrazem i głośno się
modlił.
- Boze miłościwy, wspomóz mnie, twojego wiernego wyznawcę. Myślę, ze mam prawo do stu monet. I gdy będziesz je wysyłał, pamiętaj: ma być sto. Nie zadowolę się tym, co mi ześlesz. Chcę dokładnie stu monet...
Kiedy starzec się modlił, bogacz wszedł na dach i przez otwór w kominie zrzucił monety do środka. Następnie zszedł i podglądał przez okno. Starzec, będąc jeszcze na klęczkach, usłyszał dźwięk metalu spadającego w kominie. Wstał powoli, zblizył się do pieca, podniósł sakiewkę, strzepując z niej
sadzę i popiół. Następnie podszedł do stołu i wysypał zawartość sakwy. Ukazała się przed nim góra monet. Starzec padł na kolana i szczerze podziękował Bogu za zesłany mu prezent.
Dokończył modlitwę i przeliczył monety. Było ich dziewięćdziesiąt dziewięć!
Dziewięćdziesiąt dziewięć monet.
Na ten właśnie moment czekał przyczajony za szybą zamozny gospodarz. Czekał, przygotowany na zdemaskowanie obłudy starca i wyłozenie swojej teorii. Starzec wzniósł oczy ku niebu i modlił się dalej:
- Boze mój, widzę, ze zdecydowałeś się na spełnienie prośby biednego starca, ale równiez widzę, ze w niebiańskim skarbcu było tylko dziewięćdziesiąt dziewięć monet. Jesteś wspaniałomyślny i nie pozwoliłeś, abym czekał tylko na jedną monetę. Ale, jak juz Ci powiedziałem, nie chcę przyjąć sumy mniejszej bądź większej o jedną choćby monetę... Nie chcę zatem Twoich pieniędzy - i starzec pogrązył się w modlitwie
„To uparty osioł!” - pomyślał zaskoczony bogacz. Po krótkiej chwili starzec zaczął mówić znowu
- Z drugiej jednak strony, darzę Cię absolutnym zaufaniem. Potraktujmy to jako Twój dług wobec mnie. Ten jeden raz pozwolę Ci, abyś mógł oddać mi w wybranym przez Ciebie momencie jedną monetę.
- Zdrada! Kłamca! - krzyknął tryumfująco bogacz zza okna. - Obłudnik! - Wykrzykując, zaczął walić pięściami w drzwi chaty swego sąsiada. Starzec otworzył.
- Jesteś kłamcą i obłudnikiem! - powtórzył. - Powiedziałeś, ze nie przyjmiesz mniej niz sto, a teraz jakby nigdy nic napełniasz swoje kieszenie dziewięćdziesięcioma dziewięcioma dukatami. Jesteś kłamcą i kłamstwem jest twoja wiara w Boga. Cały czas chodzi Ci tylko o monety.
- Skąd wiesz o dziewięćdziesięciu dziewięciu monetach? - zapytał starzec.
- Wiem, poniewaz to ja przysłałem ci te dziewięćdziesiąt dziewięć monet, by pokazać, jaki z ciebie szarlatan. „Nie przyjąłbym zadnej sumy innej od stu”, ha, ha, ha! - przedrzeźniał słowa starca.
- I rzeczywiście nie zaakceptuję tego. Bóg odda mi ostatnią monetę wtedy, kiedy sam zdecyduje.
- On tobie nic nie ześle, bo, jak juz ci mówiłem, to ja ci wrzuciłem sakiewkę.
- Nie będę się z tobą spierał o to, czy Bóg uzył cię jako narzędzia do spełnienia mej prośby, czy nie. Ale te pieniądze wpadły do mego komina wtedy, kiedy się o nie modliłem, i są moje. Kazdy sąd to przyzna. Uśmiech zniknął z twarzy bogatego człowieka.
- Jak to „są twoje”? Ta sakwa i te monety są moje. Ja je wrzuciłem.
- Wola boska jest niepojęta dla istoty ludzkiej - powiedział starzec, wznosząc oczy ku niebu.
- Ty obłudniku i złodzieju! Mówiłeś coś o sądzie? Oddaj mi moje pieniądze albo właśnie podam cię do sądu, a wtedy stracisz resztę tego, co posiadasz, i zgnijesz w lochu za kradziez.
- Jedynym sędzią nade mną jest mój Bóg. Ale jeśli chcesz jechać do sędziego z miasta, to nie mam nic przeciwko temu, aby tę sprawę oddać w jego ręce.
- Dobrze, jedźmy w takim razie natychmiast. Nie ma na co czekać.
- Niestety, będziesz musiał zaczekać, az kupię sobie wóz. Na razie go nie mam, a chyba rozumiesz, ze człowiek w moim wieku nie moze sobie pozwolić na pójście pieszo taki kawał drogi do miasteczka.
- Nie musimy czekać. Dam ci mój wóz.
- Doprawdy, bardzo ci dziękuję. Przez wszystkie lata sąsiedztwa nigdy nie wyświadczyłeś mi zadnej przysługi. Ale mimo wszystko będziemy musieli zaczekać, az zima trochę ustąpi. Jest bardzo zimno i bez ciepłego ubrania nie dojechałbym zdrowy do miasteczka.
- Rozszyfrowałem cię. Próbujesz opóźnić spotkanie z sędzią - powiedział rozwścieczony bogacz. - Nic z tego. Dam ci swój kozuch, abyś mógł pojechać, i dołozę ciepłe buty. Masz jeszcze jakiś pretekst, aby nie jechać?
- Teraz nie - rzekł starzec. - Nie mogę odmówić.
Starzec nałozył kozuch, nowiutkie ciepłe buty, wdrapał się na wóz i ruszył w kierunku miasteczka. Za nim drugim wozem jechał bogacz. Kiedy dotarli na rynek w miasteczku, bogacz udał się od razu do sędziego, aby wnieść sprawę przeciwko starcowi. Bogacz opisał swój plan, którego celem było zniesławienie starca i udowodnienie jego słabej wiary. Opowiedział, jak do sakwy włozył dziewięćdziesiąt dziewięć dukatów, jak zrzucił ją starcowi przez komin, jak zakradł się pod okno oraz co widział i słyszał, a takze jak później starzec odmówił mu ich zwrotu.
- A ty co masz do powiedzenia na to wszystko, starcze? - zapytał sędzia.
- Wysoki sądzie, jestem zazenowany, ze ta sprawa trafia az tutaj. Mój sąsiad jest najbogatszym człowiekiem w całej wsi i jednym z najbogatszych w okręgu. Znam go ponad trzydzieści lat. Jest pazerny i chciwy. Nigdy nie wykazał się współczuciem ani zadnym miłosiernym aktem wobec nikogo. To jest najmocniejszy argument w mojej obronie. Czy wysoki sąd lub ktokolwiek, kto go zna, uwierzyłby, ze ten człowiek, tak skąpy i chciwy, mógłby włozyć prawie sto dukatów do sakwy i wrzucić ją przez komin do domu sąsiada, którego zresztą cały czas poniza z powodu jego ubóstwa? Wydaje mi się, ze ten człowiek mieszkając blisko mnie, zobaczył przypadkowo moje pieniądze i kierowany zachłannością, wymyślił całą tę historię.
- Wymyślił? Ty gadzie i złodzieju! - wykrzyknął bogacz. - Dobrze wiesz, ze mówię prawdę. Sam nie wierzysz w tę idiotyczną bujdę o Bogu przysyłającym ci pieniądze. Oddaj mi sakiewkę, bo cię rozszarpię.
- Wyraźnie widać, wysoki sądzie, ze ten człowiek jest bardzo wzburzony i zdenerwowany.
- Oczywiście! Nerwy mi puszczają, kiedy ktoś mnie okrada. śądam, abyś oddał mi sakiewkę.
Sędzia był w powaznym kłopocie. Argumenty obu męzczyzn brzmiały rozsądnie. Stanowisko zmuszało go do podjęcia decyzji, ale jaka decyzja byłaby najbardziej sprawiedliwa?
- Oddaj mi pieniądze, stary obłudniku - krzyczał bogacz. - Te pieniądze są moje, tylko moje.
Nagle bogacz, nie panując nad sobą, wskoczył na oddzielającą ich drewnianą balustradę i jakby w amoku, tracąc zupełnie panowanie, próbował wyrwać starcowi sakwę.
- Spokój! - krzyknął sędzia. - Straze! Porządek na sali! - Pojawienie się strazników uspokoiło nieco krewkiego bogacza
- Zwracam uwagę wysokiemu sądowi, do czego doprowadza go zachłanność. Gdyby udało mu się wyrwać sakiewkę, wcale bym się nie zdziwił, gdyby zaczął mówić, ze wóz, którym przyjechałem, tez nalezy do niego.
- Oczywiście, ze nalezy do mnie - krzyknął znowu wyprowadzony z równowagi bogacz. - Dałem ci go na przyjazd do miasta.
- I co, wysoki sądzie ? Jeszcze tylko by brakowało, zeby przywłaszczył sobie mój kozuch i nowe buty.
- Oczywiście, ze jestem ich właścicielem! Kozuch jest mój - krzyczał bogacz, tracąc zupełnie panowanie nad sobą. - Jest mój, wszystko jest moje: sakwa, dukaty, wóz, kozuch, buty... Wszystko jest moje, wszystko! - wrzeszczał jak opętany.
- Dość tego! Straze, uciszyć go - powiedział sędzia, który nie miał juz wątpliwości.
- Nie wstyd ci? Do czego się posuwasz? Chcesz odebrać temu biednemu człowiekowi nawet osobiste rzeczy. Jedyne rzeczy, które ma.
- Ale... one są...
- Dosyć tego. Nie ma zadnego „ale”. Jesteś chciwy, zachłanny i to do prowadza cię do obłędu. Nie panujesz nad sobą i nie wiesz, co mówisz - kontynuował sędzia. - Za próbę oszukania tego starego człowieka, wprowadzenie w błąd sądu i składanie fałszywych zeznań, skazuję cię na miesiąc więzienia i zapłacenie twemu sąsiadowi odszkodowania za cierpienia, jakich doznał, w wysokości dwustu dukatów.
- Czy mogę się wtrącić, wysoki sądzie - odezwał się starzec. - Czy mogę coś powiedzieć?
- Mów, starcze.
- Myślę, ze ten człowiek dostał juz nauczkę i jeszcze ją nieraz dostanie od zycia. Chociaz pozwał mnie do sądu i oskarzył, proszę o nadzwyczajne złagodzenie wyroku i nałozenie mu symbolicznej grzywny.
- To bardzo szlachetny gest, starcze. Ile proponujesz? Sto dukatów? Pięćdziesiąt?
- Nie, wysoki sądzie. Myślę, ze jeden dukat będzie wystarczającą karą.
Sędzia, nieco zdziwiony, uderzył młotkiem w stół i odczytał wyrok:
- Ze względu na szlachetność pozwanego, a nie na wolę sądu, skazuje się powoda na zapłacenie symbolicznej grzywny jednego dukata, którą musi uiścić natychmiast.
- Nie zgadzam się! - zawołał bogacz. - Sprzeciwiam się! Protestuję!
- Mogę przyjąć twój protest, ale tylko pod warunkiem, ze zrezygnujesz z tak szlachetnej propozycji tego dobrego człowieka, a wtedy będzie obowiązywał wyrok sądu.
Zdruzgotany bogacz, wyjął monetę i podał ją starcowi.
- Sprawa zakończona - powiedział sędzia i stuknął młotkiem.
Bogacz wybiegł wściekły. Wskoczył na swój wóz i szybko opuścił miasteczko. Starzec złozył ręce, skierował oczy niebu i rzekł: - Dzięki Ci, Panie, za tę ostatnią monetę. Niczego juz mi nie jesteś winien.
-Opowiadanie z książki Królickiego Zbigniewa - Bajki chinskie dla doroslych

czwartek, 24 maja 2012

Zrelaksuj się i przestań tak bardzo się starać.

Pewien człowiek chciał stać się oświecony i wyruszył na poszukiwanie mistrza. Znalazł go
i mistrz uczył go medytacji. Po jakimś czasie powiedział swemu nauczycielowi, że medytacja
przynosi efekty, bo zrozumiał, co to jest ego. Nauczyciel nie wyglądał na zachwyconego, co
zdziwiło ucznia, ale poszedł dalej medytować. Znowu upłynął jakiś czas i pochwalił się
mistrzowi, że jest w kontakcie ze swoim prawdziwym ja i doświadcza ekstazy. Znowu nie
zrobiło to wielkiego wrażenia na nauczycielu, ale uczeń kontynuował swoją praktykę. Po
dłuższym czasie powiedział nauczycielowi, że nie tylko odnalazł siebie, ale poczuł się
połączony ze wszystkimi formami życia, także z Bogiem. Nauczyciel znowu nie był
poruszony. A więc uczeń usiadł w milczeniu, zastanawiając się, co jeszcze może zrobić, aby
otrzymać jakiś znak uznania od swego nauczyciela za wszystko, co zrobił. Siedział tak przez
lata i nie mógł znaleźć odpowiedzi. Potem pojawiło się w nim jakieś nowe uczucie i
nauczyciel natychmiast to wyczuł. Zapytał go:
– Co cię teraz oświeciło?
Uczeń odpowiedział:
– A jakie to ma znaczenie? Siedzę sobie tutaj i dobrze mi. Nauczyciel podskoczył i zawołał
radośnie:
– Wreszcie zrozumiałeś!

-opowiadanie z książki Sisson P. Colin "Wewnętrzne przebudzenie"

Znaczenie kota w medytacji

Znaczenie kota w medytacji

 Po napisaniu książki o szaleństwie, byłem zmuszony zainteresować się jak wiele rzeczy wykonujemy z konieczności, a jak wiele z nich to absurd.
Dlaczego nosimy krawat?
Dlaczego wskazówki zegara przesuwają się "według wskazówek zegara"?
Jeśli żyjemy w świecie, gdzie obowiązuje system dziesiętny - dlaczego dzień ma 24 godziny, składające się z 60 minut każda?
Faktem jest, że wiele reguł, których przestrzegamy w dzisiejszych czasach nie ma logicznego wytłumaczenia.
Jednak, jeśli próbujemy działać inaczej, uznani zostajemy za szaleńców  lub niedorozwiniętych.
Tymczasem, społeczeństwo nadal tworzy różne systemy, które po pewnym czasie tracą rację bytu, mimo to nadal wyznaczają reguły.
Interesująca japońska opowieść ilustruje, co chcę przez to powiedzieć:
 Wielki mistrz Zen, sprawujący władzę nad klasztorem Mayu Kagi, posiadał kota, który był prawdziwą miłością jego życia. Podczas lekcji medytacji, zawsze trzymał kota przy swoim boku, żeby cieszyć się jego towarzystwem najdłużej jak tylko się da.

Pewnego poranka, znaleziono mistrza, który był już dość stary, martwego. Najstarszy uczeń zajął jego miejsce.
- Co zrobimy z kotem? - zapytali pozostali mnisi.
W hołdzie pamięci swojego byłego nauczyciela, nowy mistrz pozwolił kotu uczestniczyć w lekcjach Buddyzmu Zen.
Niektórzy uczniowie z sąsiednich klasztorów, którzy dużo podróżowali po regionie, odkryli, że w jednej z najbardziej znanych świątyń, kot bierze udział w medytacjach. Historia zaczęła się rozpowszechniać.

Minęło wiele lat. Kot zmarł, ale uczniowie w klasztorze byli tak przyzwyczajeni do jego obecności, że kupili kolejnego kota. Tymczasem inne świątynie zaczęły wprowadzać kota do swoich lekcji medytacji; wierzyły, że to właśnie kot był odpowiedzialny za sławę klasztoru Mayu Kagi i jakość jego nauczania, zapominając, jak znakomitym nauczycielem był poprzedni mistrz.

Minęło całe pokolenie. Zaczęto publikować specjalistyczne rozprawy naukowe o znaczeniu kota w medytacji Zen. Profesor uniwersytetu opracował tezę, zaakceptowaną przez środowisko akademickie, że kot posiada zdolność do zwiększania ludzkiej koncentracji i eliminowania negatywnej energii.
I tak, przez całe stulecie, kot był uważany za niezbędny element w nauce Buddyzmu Zen w tamtym regionie.

Pewnego dnia przyjechał tam mistrz, który był uczulony na sierść kota i zadecydował o usunięciu kota z codziennych zajęć z uczniami.
Wszyscy protestowali, ale mistrz obstawał przy swoim. Ponieważ był utalentowanym nauczycielem, uczniowie nadal czynili postępy, pomimo nieobecności kota.
Stopniowo, klasztory - zawsze poszukujące nowych pomysłów i zmęczone karmieniem tak wielu kotów - zaczęły usuwać koty ze swoich klas. Przez następne dwadzieścia lat pisano nowe, rewolucyjne rozprawy naukowe, noszące przekonujące tytuły, takie jak: "Zachowanie równowagi wszechświata Zen, używając jedynie mocy własnego umysłu, bez pomocy zwierząt".

Minęło kolejne sto lat i kot całkowicie zniknął z rytuału medytacji w tamtym regionie. Aż dwieście lat zajął powrót do normalności, a wszystko tylko dlatego, że w tym czasie nikt nie pomyślał, żeby spytać, czemu tam był kot.
Paulo Coelho
Pisarz, który poznał tę historię wieki później, napisał w swoim dzienniku:
"Jak wielu z nas w swoim życiu kiedykolwiek ośmieli się spytać: dlaczego zachowuję się w taki, a taki sposób? Jak często w tym co robimy używamy nieskutecznych "kotów", których nie mamy odwagi się pozbyć, bo powiedziano nam, że "koty" są niezbędne, żeby wszystko szło gładko?"

piątek, 18 maja 2012

Modliwa żaby (3)


„ZAPOMNIAŁEM JAK SIĘ PRZESTAJE"

 Zapytano raz Andrew Carnegie'ego, jednego z najbogatszych ludzi na świecie: „Czyż nie mógł pan w pewnej chwili przestać, skoro miał pan zawsze dużo więcej, niż było panu potrzeba?"
Odpowiedział: „Tak, to prawda”. Ale nie potrafiłem przestać. Zapomniałem, jak się to robi".

Wielu obawia się, że jeśli się zatrzyma, żeby pomyśleć i zastanowić się, może nie być w stanie znowu ruszyć.

PRZYJRZEĆ SIĘ SŁAWNEJ WYSPIE


Staruszek przeżył większość swego życia na wyspie, którą uważano za jedną z najpiękniejszych na świecie. Kiedy po przejściu na emeryturę przeniósł się do dużego miasta, ktoś do niego powiedział: „Musiało być wspaniale mieszkać przez tyle lat na wyspie uważanej za jeden z cudów świata".
Staruszek pomyślał nad tym, a potem powiedział: „Cóż, prawdę mówiąc, gdybym wiedział, że jest tak sławna, to bym się jej przyjrzał".
Nie trzeba ludzi uczyć, jak mają patrzeć. Wystarczy ich ocalić od szkół, które ich zaślepiają.

***

DZIECI WHISTLERA

We wczesnych latach pięćdziesiątych XIX wieku malarz amerykański, James McNeill Whistler, przebywał krótko — i bez powodzenia akademickiego — w West Point, Akademii Wojskowej Stanów Zjednoczonych. Według opowiadania, kiedy zadano mu narysowanie mostu, narysował romantyczny most z kamienia, razem z trawiastymi brzegami i dwójką małych dzieci łowiących z niego ryby.
„Proszę usunąć te dzieci z mostu!" powiedział wykładowca. „To jest ćwiczenie z inżynierii".
Whistler usunął dzieci z mostu, narysował je łowiące z brzegu rzeki i ponownie przedłożył rysunek. Nauczyciel wściekły wrzasnął: „Powiedziałem ci, żebyś usunął te dzieci. Wymaż je zupełnie z rysunku!"
Jednakże chęć tworzenia była w Whistlerze zbyt silna. Na następnej wersji dzieci zostały faktycznie „zupełnie wymazane z rysunku". Zostały pochowane pod dwoma małymi nagrobkami na brzegu rzeki.
-"Modlitwa żaby" - Anthony De Mello

środa, 16 maja 2012

Kamieniarz

Kamieniarz

Dawno, dawno temu żył w prowincji Syczuan znakomity kamieniarz. Ociosywał
głazy i był zadowolony i szczęśliwy. Ze swojej staranności, uczciwości i
fachowości słynął na całą prowincję. Pewnego razu wielki bogacz zlecił mu
zrobienie kamiennego mostu w swoim ogrodzie. Kamieniarz zobaczył pałace,
wspaniałe komnaty, zobaczył krewnych odzianych w jedwabie, zobaczył sługi i
poznał, co to zawiść. Zapragnął pieniędzy, władzy i siły. Zaniedbał swoją pracę i
rozmyślał tylko, jak by tu zostać bogaczem. Stał się bardzo nieszczęśliwy.
I oto któregoś dnia obudził się i nie poznał swojego domu: wokół przepych,
on leży we wspaniałym łożu w jedwabiach, wkoło krzątają się setki służących i
czekają na jego rozkazy. Zrozumiał, że właśnie stał się bogaczem. Bardzo mu się
to spodobało i szybko do tego przywykł.
Kiedyś wyszedł na ulicę i zobaczył rządową lektykę, a w niej jakiegoś wysokiego
urzędnika, któremu towarzyszył tłum straży przybocznej i służby. Przed
lektyką grzmiały trąby, za lektyką dudniły bębny. Wszyscy ludzie na ulicy przystawali
i kłaniali się nisko.
„No i co z tego? - pomyślał kamieniarz. - On ma dużo służby, ja za to mam
dużo złota. Ja mu się kłaniać nie będę.” I gdy mijała go lektyka mandaryna, nie
pokłonił się jak inni.
Mandaryn, widząc taki brak szacunku dla władzy, kazał go pojmać, wymierzyć
mu sto batów i ściągnąć z niego za karę trzysta liangów srebra. Kiedy kamieniarz
podniósł się po tym, wiedział już, dlaczego lepiej być urzędnikiem niż
bogaczem. Zaczął rozmyślać dniem i nocą, jak by tu zostać mandarynem. I znowu
był nieszczęśliwy.
Pewnego dnia patrzy i widzi, że oto jest mandarynem. Ogromnie się ucieszył,
a na dowód tego od razu zaczął się zachowywać jak ów urzędnik. Na prawo i
lewo rozdzielał baty, skazywał na grzywnę każdego, kto mu się nie spodobał, aż 
ludzie znienawidzili kamieniarza-mandaryna.
Przejeżdżając kiedyś przez wieś, zobaczył piękną dziewczynę, zbierającą
kwiaty. Zapragnął jej i zaczął ją gonić. Ale na krzyk dziewczęcy zbiegli się
chłopi uzbrojeni w motyki i topory. Rozgonili straże, złapali mandaryna i obili
go tak, że raz na zawsze oduczył się gonić za dziewczynami.
Rozmasowując bolące kości, kamieniarz pomyślał: „Widać, że chłopi są silniejsi
od mandaryna” - i od tej pory marzył tylko o tym, by być zwykłym chłopem.
Aż pewnego rana obudził się i rozpłakał ze szczęścia. Był w ubogiej wiejskiej
chacie i stał się chłopem. Od tego dnia uprawiał pole za zboczu góry, pracował
od świtu do zmierzchu.
Lato było wyjątkowo upalne, słońce piekło niemiłosiernie. Ptaki odfrunęły
daleko w góry, bawoły całymi dniami nie wyłaziły z wody. Tylko zielone sadzonki
ryżu oraz chłopi spokojnie znosili spiekotę. Kamieniarzowi kręciło się w
głowie, bolały go plecy i ciemniało w oczach. Doszedł do wniosku, że nie ma nic
potężniejszego od słońca i odtąd marzył już tylko o tym, aby zostać słońcem.
Jak marzył, tak też się stało - zamienił się w słońce. Rozparł się na niebie
dumny i bezwzględny. Teraz on wysyłał na wszystkie strony palące promienie.
Przez wiele dni był z siebie bardzo zadowolony. Lecz oto pewnego dnia z zachodu
nadciągnęła wielka czarna chmura. Przykryła niebo i zakryła słońce. Zirytowało
to kamieniarza: „Aha - pomyślał - słońce jest potężne, ale czarna chmura
jest silniejsza od niego”.
I znowu zaczął rozmyślać, jak tu stać się chmurą. Myślał tak długo, aż stał
się czarną chmurą wędrującą po niebie. Kiedy jednak zerwał się zachodni wiatr i
z ogromną siłą popędził chmurę po niebie, kamieniarz od razu pomyślał: „Ależ
potężny jest ten wiatr! Ileż to ma siły, że potrafi odgonić czarną chmurę! Chcę
być tak silny jak on”.
Nie skończył jeszcze myśli, a już stał się zachodnim wiatrem. Szalał, gonił
chmury, łamał drzewa, zrywał dachy. Nagle natrafił jednak na wielki głaz, który
oparł się jego sile. Mimo że bardzo się natężał, kamień ani drgnął.
„Nie tak silny jest ten zachodni wiatr, jak myślałem. Kamień zupełnie się go
nie boi. Gdybym zmienił się w kamień, niczego nie musiałbym się już bać” -
pomyślał kamieniarz. I oto zamienił się w kamień na szczycie góry, bardzo się
tym radując.
„Kamień jest najsilniejszy i nikogo się nie boi” - myślał.
Pewnego dnia przy kamieniu pojawili się jacyś ludzie. Obejrzeli go dokładnie,
wyciągnęli dłuta i młotki i zaczęli ociosywać. Kamień zrozumiał, że to kamieniarze,
wystraszył się i pomyślał: „Oj, chyba lepiej żebym został, tak jak
przedtem, kamieniarzem”.
I oto stał się na powrót zwykłym kamieniarzem, który od rana do nocy ociosywał
głazy i robił z nich wiele pożytecznych rzeczy dla ludzi. Był za to bardzo
szanowany przez wszystkich chłopów, bogaczy i mandarynów.
-Królicki Zbigniew "Bajki chińskie dla dorosłych"

piątek, 4 maja 2012

Haiku i Trzy rodzaje muzyki

Trąbka, puzon, saksofon
blask słońca
i starsza pani pytająca o drogę
-M.K.

Czy znasz słowa tej pieśni?
Letni wiatr, kapiąca woda z kranu
-M.K.

Powiew wiatru
szelest trawy
jeż nieopodal starej sosny
-M.K.

Muzyka świateł
ja sam wśród samotnych ulic
-M.K.

wolno spaceruje wiatr
pomiędzy ulicami miasta
w tak deszczowe popołudnie
-M.K.

popiół spadł na podstawkę
dźwięk zapachu wanilii
-M.K.

Wciąż myślę, planując swoja przyszłość
Ała!
Ugryzłem się w język
-M.K.

Ciepło, ciepło, ciepło, deszcz
-M.K.

Złość na kierowcę
który mnie ochlapał, chwila
Niebo znów rzuciło deszczem
-M.K.

Sześćdziesiąt sześć razy oczy te patrzyły
na piękno jesieni...
Nie proś o więcej.
Słuchaj tylko dźwięku sosen,
kiedy nie ma najmniejszego powiewu wiatru.
-Haiku, wiersz śmierci- Ryonen

TRZY RODZAJE MUZYKI:


Omori Kazan, Mnich Komuso sekty Fuke: Mój mizerny kunszt pozwala mi jedynie grać muzykę śmiertelników.
Usagi Yojimbo (Ronin): A są inne rodzaje muzyki?
O.K.: Jest jeszcze muzyka natury.
U.Y.: Jak wiatr?
O.K.: Wiatr to oddech natury. Grają drzewa, doliny i góry. Morskie fale uderzają o skały jak bębny, a ziemia grzmi nam pod nogami. Niektóre dźwięki są chropowe i brutalne, a inne delikatne i lekkie. Niektóre grzmią nam w uszach, gdy inne szepcą z oddali. Jednak wszystkie składają się na jedną muzykę natury. Żeby naprawdę ją usłyszeć, trzeba ją najpierw docenić. Dlatego ludzie coraz rzadziej słyszą tę muzykę.
U.Y.: A szkoda.
O.K.: Tak. Wycinają drzewa i nie sadzą nowych. Tępią zwierzęta. Wyrzucają odpadki do morza, rabują ziemię z minerałów. Ludzie stają się przez to głusi. Słyszałem niegdyś, jak mistrz Watazumido wydobył z fletu odgłosy burzy. Wtedy, jedyny raz w życiu, przekonałem się, że można odtworzyć muzykę natury. To Shakuhachi (buddyjski flet). Pierwszy z nich dotarł do nas jedenaście stuleci temu z kraju smoków. Dla nas, mnichów, instrument, na którym "gramy" zen, jest święty. Mojego Shakuhachi sporządzono z bambusa z wyspy Shikoku. Tylko tam rośnie bambus wystarczająco sztywny, żeby się nie rozszczepiał. Ten instrument zrobił sam mistrz Kinko.
(...)
U.Y.: Co za smutna i tęskna melodia... ale oddaje ducha naszego kraju.
O.K.: Tak, to muzyka ludzi. Jest jeszcze trzeci rodzaj muzyki: Muzyka niebios. Ale jak opisać coś, czego śmiertelni nie mogą usłyszeć?
U.Y.: To jak klasnać jedną dłonią?
O.K.: Ach! Cytujesz mistrza zen, Hakuina.
U.Y.: Więc nigdy nie słyszałeś muzyki niebios?
O.K.: Jak dotąd nie... choć nasłuchiwałem, aż moje uszy zaczęły krwawić. Ech!
-Fragment rozmowy z "Usagi Yojimbo tom9 Daisho"- Stan Sakai

wtorek, 1 maja 2012

Spotkanie

SPOTKANIE

Droga była pusta. Okreslajac ja w ten sposób, chce powiedziec, ze nie było na niej człowieka ani zwierzecia, ani tez przedmiotu. Szedłem ta droga. Ja jestem człowiekiem. Ale rozgladajac sie — nie zauwazyłem nikogo. Tak było tylko do pewnego czasu. W jakiejs chwili ukazał sie ktos, kto szedł mi
naprzeciw. Troche wyzszy ode mnie, o wiele szerszy w ramionach, miał równiez kapelusz, podczas kiedy ja kapelusza nigdy nie nosze.
Przybrałem odpowiedni wyraz twarzy, aby wydac sie energicznym i pieknym. Myslałem, ze wszystko odbedzie sie jak zwykle. Ja wstrzymam na chwile oddech, zeby powietrze roztracone nieznajomym i otaczajace go nie przenikneło mi do płuc — i miniemy sie.
Ale on zagrodził mi droge i powiedział:
— Prosze sie zatrzymac. Jutro, dokładnie o siódmej, przyjdzie pan do mnie posprzatac mieszkanie.
Byłem tak zdziwiony, ze zapytałem tylko:
— Ja?
— Oczywiscie, ze pan.
— Ale co to ma znaczyc?! — Odnalazłem wreszcie własciwy sposób odpowiadania na zaczepki. — Co pan sobie wyobraza?! Prosze mnie przepuscic!
— Niech sie pan nie unosi. Prosze posłuchac: woda biezaca jest na miejscu, równiez i sciereczki.
— Czy pan naprawde sadzi, ze ja...
— Praca z pozoru wydaje sie ciezka, nie przecze, ale jest przeciez odkurzacz.
— Jaki odkurzacz?!
Doskonały odkurzacz, operowanie nim to prawdziwa przyjemnosc. Zreszta mozna trzepac na dole, na podwórku.
— Które pietro? Pewnie szóste.
— Alez nie! Czwarte. W dodatku jest winda. Sam pan widzi, jakie warunki.
— Ale z jakiej racji ja mam panu sprzatac mieszkanie?!
— Bo juz jest brudne i trzeba koniecznie troche odswiezyc. Dostanie pan fartuch. Zreszta prosze nie robic uwag.
— Ale co to ma znaczyc własciwie?!
— No bo przeciez nie bedzie pan sprzatał bez fartucha. Zreszta — jak pan chce.
— Nie, nie, koniecznie fartuch. Ale... jak pan smie!
— W komórce obok łazienki znajdzie pan miotełki, swiatło musi pan zapalic w przedpokoju, bo w komórce spaliła sie zarówka.
— Nie, to doprawdy niesłychane!... Przydałyby sie szmaty filcowe... Ale za kogo mnie pan bierze własciwie, co?!
— Szmat nie ma, sa tylko pantofle na wojłoku, znajdzie je pan takze w komórce. Tylko prosze mi nie zuzywac za duzo pasty do podłogi. Wszystkiego wychodzi tyle, ze nie mozna nadazyc.
— A pan mysli, ze mozna zbyc byle czym? Jak sie robi, to trzeba tyle, ile trzeba, nic nie da sie oszukac, a jak pan mysli...
— Prosze nie dyskutowac. Pastowac lekko, poczekac, az przeschnie. Froterke pozyczy pan od sasiadów.
— Jak to, nie ma pan swojej froterki? Nie mozna było sprawic?
— To nie nalezy do pana. Do sasiadów dzwonic tylko przed ósma, bo potem wszyscy wychodza. Powiedziec, ze to ode mnie. W kuchni, na kredensie, lezy ementaler, prosze sobie wziac kawałek, tylko nie wszystko. Zlew przetkac, geranium podlac, linoleum zwinac, obcych nie wpuszczac.
— A ciepła woda? Zimna nie bede mył. Mam reumatyzm.
— Prosze nie plesc głupstw. Woda grzeje sie w piecyku gazowym. Trzeba tylko przekrecic odpowiednie kurki. Jest pan dorosły.
— To i gaz jest?
— Prosze nie zadawac nieinteligentnych pytan. Jasne, ze jest.
— Ja sie boje. Mozna sie otruc.
— Głupstwa. Brudne serwety złozysz pan w jednym miejscu. Szafy odsunac, materace przetrzepac, firanki zdjac, klamki proszkiem, scian nie ochlapac, okna potem na sucho trzec długo, bo sprawdze, radio wyłaczyc i nie słuchac, bo rozprasza. No, to by było mniej wiecej tyle. Do widzenia.
Odszedł, nie ogladajac sie, krokiem sportowca. Spogladałem za nim, dopóki nie zniknał. Kipiała we mnie obrazona duma, krzyczała zraniona godnosc osobista. Nagle zrobiło mi sie głupio, poczułem sie bezradny, bezbronny... nie zostawił mi przeciez adresu.
-Sławomir Mrożek-"Opowiadania"

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Mistrz strategii - bajki chińskie

Mistrz strategii

Spośród wielu cech charakteru, przymiotów ducha i umysłu Chińczycy najwyżej cenili zdolność strategii, przewidywania i planowania. Przewidywanie zachowań przeciwnika, konkurenta, klienta wymagało dobrej znajomości psychologii i natury ludzkiej, poznania meandrów ludzkiego umysłu. Pozwalało zdobyć przewagę, osiągnąć sukces i zwycięstwo tam, gdzie wydawało się ono niemożliwe do zdobycia, gdzie nawet marzenie o honorowej porażce uważano już za wygórowane. Niedoścignionym mistrzem strategii był Sun Tzu, a jego Sztuka wojny do dnia dzisiejszego stanowi jedną z najbardziej poszukiwanych i czytanych książek przez wojskowych, biznesmenów, przedsiębiorców, graczy na giełdzie, a także naukowców i gospodynie domowe. O nieprawdopodobnych zdolnościach strategicznych Sun Tzu niech świadczy poniższa historia.
Sun Tzu przybył do pewnego miasta i zatrzymał się na odpoczynek w szkole zapasów mistrza Wu. Był tu zawsze dobrze przyjmowany i otaczany należytym szacunkiem, a sam mistrz Wu był jego dobrym przyjacielem. Sun Tzu cenił też spokój, który panował w szkole, jej tradycje i zwyczaje. Tym razem atmosfera była jednak bardzo napięta, nerwowa i nieco przygnębiająca. Wszyscy mówili o zawodach, które miały się odbyć następnego dnia podczas wielkiego dorocznego jarmarku na największym placu w mieście w obecności przedstawicieli cesarskiego dworu. Ale szkole Wu nie dawano dużych szans. Turniej pomiędzy dwiema wiodącymi szkołami zapasów - mistrza Wu i mistrza Li - był coroczną tradycyjną forma wyłonienia najlepszego zapaśnika i najlepszej szkoły w mieście. Walczono o prestiŜ, ale i o duŜe pieniądze. Turniej
przebiegał według tradycyjnych reguł. Trzej najlepsi zapaśnicy jednej szkoły, wyłonieni drogą wewnętrznych eliminacji, stawali kolejno do walki z trzema zapaśnikami drugiej. Odbywały się trzy, najczęściej bardzo twarde i długo trwające walki. Za koniec starcia i zwycięstwo uważano poddanie się, położenie przeciwnika na łopatki lub wypchnięcie go z areny. Istniał też niepisany zwyczaj, że w walce pierwszej brali udział najlepsi zapaśnicy z obu szkół, okryci sławą zwycięzcy wielu walk i turniejów. Była to najważniejsza walka dnia. Do drugiej stawali pretendenci z ambicjami i już fantastycznymi umiejętnościami, pozostający jednak cały czas w
cieniu swoich mistrzów. Być może za parę lat to oni będą walczyć w walce pierwszej. W walce trzeciej występowali zaś zapaśnicy młodzi, głodni sławy i choć jeszcze bez sukcesów, jednak pełni dobrych chęci. Wygranie przynajmniej dwóch walk w turnieju dawało szkole zwycięstwo. Samo wytypowanie do walki przez mistrza, reprezentowanie szkoły, było już wyróżnieniem. Zwycięstwo przynosiło, indywidualnie, duże pieniądze i ogromną sławę.
Od wielu lat zawody wygrywała szkoła mistrza Li - to dwa do jednego, totrzy do zera. Zawodnicy ci nie byli  dużo lepsi od uczniów mistrza Wu. Byli minimalnie lepsi, ale to wystarczało. Zawodnicy z walki pierwszej i drugiej znali się od wielu lat, ścierali się ze sobą wielokrotnie, znali wszystkie swoje słabe i
mocne strony, znali formy obrony i triki ataku. Przy tym zawodnicy szkoły Li mieli tę psychiczną przewagę, że od wielu lat zwyciężali Tak miało być i tym razem. Nic dziwnego, że Sun Tzu zastał mistrza Wu w nie najlepszym nastroju. Mistrz przygotowywał się do kolejnej porażki swej szkoły, bo nic nie wskazywało,
że w tym roku będzie inaczej. Wtedy Sun Tzu zapytał go:
- Czy chcesz wygrać ze szkołą Li?
- Tak - nieco zdziwiony pytaniem, odpowiedział mistrz Wu. - Ale to nie jest możliwe.
- A w jakim stosunku chciałbyś wygrać? -pytał Sun Tzu, jak gdyby nie słysząc
obiekcji.
Mistrz długo zwlekał z odpowiedzią, gdyż wewnętrznie poddawał w wątpliwość stan psychiczny Sun Tzu. W końcu odparł:
- Powtarzam: nie jest możliwe, aby moja szkoła wygrała. Tam są lepsi zapaśnicy!
Zastanawiam się, jak z honorem przegrać.
- Nie proszę, abyś oceniał zawodników i szanse zwycięstwa. Proszę, abyś mi powiedział, w jakim stosunku chcesz pokonać szkołę mistrza Li! - Sun Tzu trochę się zniecierpliwił.
Mistrz Wu wiedział dobrze, kim jest jego gość, i zdawał sobie sprawę, że nigdy nie rzuca on słów na wiatr. Jednak pytanie wydawało mu się bez sensu. W końcu odparł jednak: - Jeżeli mogę decydować, to niech to będzie zwycięstwo całkowite. Trzy walki wygrane.
- Dobrze. Jutro masz postąpić tak. Do walki pierwszej wystawisz swojego trzeciego zawodnika. Zrobisz to tuż przed walką, aby nikt o tym się wcześniej nie dowiedział.
- Jak to? Mój trzeci zawodnik jest młody, waleczny, ale jest bez szans w walce z mistrzem szkoły Li. To będzie porażka, jakiej nigdy nie było, i kompromitacja szkoły.
- To się okaże jutro. Ale masz dochować bezwzględnej tajemnicy. Jak obsadzić następne walki powiem ci jutro. A teraz idź spać.
Kiedy mistrz Wu udał się na spoczynek, Sun Tzu w tajemnicy odszukał młodego zapaśnika, który, zgodnie z powszechnym oczekiwaniem, miał wystąpić jutro rano w trzecim pojedynku. Chłopak nie spał, tylko rozmyślał o zbliżającej się walce. Był napięty, pobudzony, podenerwowany, miał ogromną tremę. Pochodził z biednej rodziny. W sztuce zapasów widział dla siebie szansę wybiciasię z nizin. Tę szansę otrzymał. Jutro  musi ją wykorzystać.
Wizytę przyjął ze zdumieniem, ale kiedy Sun Tzu zaczął rozmawiać, napięcie prysło. Mówili o szkole, sztuce zapasów, walce, jutrzejszych zawodach. Sun Tzu zapytał o marzenia i pragnienia. Chłopak nieśmiało wyjawił, że owszem, ma je: pomoc rodzicom, powrót do wioski, kupno konia, lepszego i większego pola. Ale Sun Tzu chyba nie o to chodziło, bo pytał dalej - o te utajone, najskrytsze, te z głębi duszy. W końcu chłopak, zawstydzony i czerwony, wyjawił, że jest coś, a raczej ktoś taki. To piękna Mio, córka najbogatszego gospodarza we wsi. Trochę ze sobą sympatyzują i wie, że nie jest jej obojętny. Ale jej rodzice nigdy się nie zgodzą na związek. Nigdy nie będzie tak bogaty, aby móc poprosić o jej rękę. A
nawet gdyby miał pieniądze, nie będzie miał dość znacznej pozycji, aby być przyjęty. Chłopak posmutniał i wtulił głowę w ramiona.
- A ile musiałbyś mieć, aby starać się o rękę Mio? - zapytał Sun Tzu.
- Myślę, że około pięciuset liangów - odparł po namyśle chłopak.
- Gdybyś jutro wygrał walkę, ile byś dostał?
- Za wygrana walkę dostałbym pięćdziesiąt liangów - i znowu się zamyślił.
- Przez dziesięć lat uskładałbym pięćset liangów, ale czy mistrz zawsze by mnie wystawiał? Czy zawsze bym wygrywał? Czy Mio zechciałaby na mnie tak długo czekać? - i znowu posmutniał.
- A gdybyś walczył w walce drugiej, ile byś dostał? - zapytał Sun Tzu.
- I gdybym wygrał?
- Oczywiście.
- Za drugą walkę dostaje się czterysta liangów. Ale dostać się na drugą pozycje
w szkole to prawie niemożliwe. Wiele lat pracy treningów, walk...
Sun Tzu przerwał mu: - A ile byś dostał za zwycięstwo w pierwszej walce?
- Tysiąc liangów - chłopak skierował oczy w górę i wyraźnie się rozmarzył.
- Tysiąc liangów - powtarzał.
- I co jeszcze - wyrwał go z rozmarzenia Sun Tzu - mógłbyś przez to osiągnąć?
- Nieśmiertelną sławę najlepszego zapaśnika, honory dworskie, prawo do
prowadzenia własnej szkoły, zaproszenie na walki do stolicy... - chłopak wymieniał
jednym tchem. Widać było, że ma ten temat dobrze przemyślany.
- Jutro walczysz w pierwszej walce! - Słowa Sun Tzu spadły na niego jak grom z jasnego nieba. Chłopak zbladł i się przestraszył. - Mistrz Wu tak zadecydował - skończył Sun Tzu.
- Przecież to niemożliwe - chłopak nie chciał wierzyć. - Tam do walki staje niepokonany od dziesięciu lat zapaśnik, który wygrał już nawet zawody w stolicy, ma nienaganną technikę...
- Co o nim wiesz? - przerwał Sun-Tzu.
- Wszystko. Był kiedyś dla mnie wzorem. Znam jego ulubione chwyty, gesty, zwody - rozkręcił się chłopak
- A co on wie o tobie?
- Nic. Nawet nie wie o moim istnieniu.
- Wobec tego uważam, że masz ogromną szansę na zwycięstwo, jeżeli wykorzystasz element zaskoczenia - powiedział Sun Tzu. - Znasz jego słabe strony?
- Tak. Waży dużo więcej ode mnie. Jest trochę mało zwrotny. Dąży do zwarcia i ma słabą lewą nogę.
- Tak zaplanuj więc jutrzejszą walkę, aby te słabości wykorzystać. Pomyśl o swojej pięknej Mio, która być może będzie jutro oglądać cię na arenie - zakończył Sun Tzu i wyszedł, zostawiając chłopaka w niemałym osłupieniu, ale w jakże innym wewnętrznym nastroju.
Sun Tzu wiedział, że każda batalia musi być dobrze przygotowana, niczego nie wolno zostawić przypadkowi. Dlatego bezzwłocznie wysłał posłańca do ojca pięknej Mio z zaproszeniem od mistrza Wu na jarmark i jutrzejszy turniej. Od samego świtu trwały przygotowania do walk. Szykowano arenę, miejsca
dla zawodników i widzów, honorowe loże dla dostojnych gości. Ze wszystkich stron zjeżdżali kupcy, kramarze, rolnicy. Panowała gorączkowa atmosfera oczekiwania na najważniejsze wydarzenie jarmarku. Równo w południe zadęły trąby, oznajmiając początek zawodów. Jakież było zdziwienie wszystkich, gdy w pierwszej walce naprzeciwko najlepszego, największego i najsławniejszego zapaśnika szkoły Li stanął nikomu nieznany, niedoświadczony młokos. (Tu warto dodać, że Sun Tzu nie omieszkał wspomnieć mu przed walką, iż jego ukochana Mio z ojcem i rodziną są na widowni.) Gdy wielki zapaśnik Li zobaczył, z kim ma się zmierzyć, uznał to za obelgę, wyraz lekceważenia. Postanowił skończyć walkę najszybciej, jak potrafi - wyrzucając przeciwnika z areny. Zaraz po sygnale sędziego z ogromną nonszalancją i pewnością siebie ruszył na rywala, chcąc złapać go w morderczym uścisku i odrzucić daleko. Zaniedbał przy tym wszystkie zasady obrony. Jego szeroko rozstawione ręce trafiły w pustkę. Młokos zwinnie uskoczył na
prawo, zablokował jego lewą nogę i wykorzystując impet przeciwnika silnie pchnął go z tyłu. Jeszcze widzowie dobrze się nie rozsiedli, a już wielki zapaśnik Li runął na arenę i jego łopatki dotknęły ziemi. Aby nie było wątpliwości, młody siedział już na nim i założył chwyt duszenia. Nie było innej możliwości - wielki
zapaśnik szkoły Li musiał się poddać, a sędzia ogłosił sensacyjne zwycięstwo zapaśnika szkoły Wu. Publiczność wiwatowała i szalała. - Była to najkrótsza i najbłyskotliwsza walka w dziejach turniejów, która na pewno przejdzie do historii, a młodego zapaśnika okryje sławą. Chłopak patrzył w kierunku pięknej Mio,
która była wyraźnie dumna. Jej ojciec spontanicznie klaskał ze wszystkimi widzami.
Do drugiej walki wyszli drugi zawodnik szkoły Li i najlepszy zawodnik szkoły Wu. W duchu zazdrościł on swojemu młodszemu koledze takiego wspaniałego zwycięstwa. Poczuł, że jego pozycja „pierwszego” w szkole jest zagrożona. Postanowił udowodnić wszystkim, że jednak jest najlepszy. Wyszedł maksymalnie
skoncentrowany i skupiony z silnym postanowieniem szybkiego skończenia walki. Upozorował atak w prawo, szybko założył swój ulubiony, mistrzowski chwyt i walka znowu skończyła się błyskawicznie. Było dwa do zera dla szkoły Wu.
Trzecia walka odbyła się bez niespodzianek. Najmłodszy zawodnik szkoły Li był tak przerażony porażkami swoich starszych i bardziej doświadczonych kolegów, że gdy stanął naprzeciwko dużo sławniejszego drugiego zawodnika szkoły Wu, poddał się praktycznie bez walki.
Było trzy do zera dla szkoły Wu - tak jak obiecał Sun Tzu.
-opowiadanie z książki Zbigniewa Królickiego "Bajki chińskie dla dorosłych"

piątek, 27 kwietnia 2012

Modlitwa żaby cz2


BIJĄCY BRAWA ANIOŁ

Według starodawnej legendy, kiedy Bóg stwarzał świat, zwróciło się do niego czterech aniołów. Pierwszy powiedział: „Jak ty to robisz?" Drugi:, „Czemu to robisz?", trzeci: „Czy mogę w czymś pomóc?" Czwarty: „Ile to jest warte?"
Pierwszy był naukowcem; drugi filozofem; trzeci altruistą, a czwarty, pośrednikiem w handlu nieruchomościami.
Piąty anioł przyglądał się w zadziwieniu i bił brawo z bezmiernego zachwytu. Ten był mistykiem.

WYBRANY DO BICIA BRAWA I WZNOSZENIA OKRZYKÓW

Mały Johnny był przesłuchiwany do roli w szkolnej sztuce. Jego matka wiedziała, że bardzo się do tego zapalił, lecz obawiała się, że nie zostanie wybrany. W dniu, w którym role zostały rozdane, Johnny po powrocie ze szkoły rzucił się w ramiona matki, tryskając dumą i podnieceniem. „Mamo", wykrzyknął, „zgadnij, co się stało! Zostałem wybrany do bicia brawa i wznoszenia okrzyków".

Z dzienniczka ucznia: „Samuel bardzo ładnie uczestniczy w śpiewaniu grupowym poprzez pomocne słuchanie".

ZBIERAJĄC SKAŁY NA KSIĘŻYCU

Jeden z tych nielicznych ludzi, którzy spacerowali po księżycu, opowiada, jak musiał zdusić w sobie instynkty artystyczne, kiedy się tam znalazł.
Pamięta, jak spoglądał na Ziemię i był zachwycony tym widokiem. Przez chwilę stał jak wryty, myśląc: „Ależ to śliczne!"
Potem szybko otrząsnął się z tego nastroju i powiedział sobie: „Przestań tracić czas i idź zbierać skały".

Są dwa rodzaje wychowania:
to, które uczy, jak zarobić na życie
i to, które uczy, jak żyć.

-opowiadania z książki "Modliwa żaby" - De Mello A.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Śpiew Ptaka


JEDZ SAM OWOCE

Pewnego razu uczeń skarżył się mistrzowi:
- Opowiadasz nam różne historie, a nigdy nie odkryjesz ich znaczenia.
Mistrz odpowiedział:
- Czy byłbyś zadowolony, gdyby ci ktoś ofiarował owoc i pogryzł go przedtem ?
Nikt nie może odkryć za ciebie twojego znaczenia. Nawet mistrz.

ISTOTNA RÓŻNICA

Zapytano raz Uwaisa, wyznawcę sufi:
- Co takiego dała ci Łaska:
Odpowiedział:
- Kiedy budzę się rano, czuje się jak człowiek, który nie jest pewien, czy dożyje wieczora.
Ponownie go zapytano:
- Ale o czyż nie wiedza o tym wszyscy ?
Odpowiedział Uwais:
- Tak, oczywiście, ze wiedza, lecz nie wszyscy to czują.
Nikt się jeszcze nie upił intelektualnym rozumieniem słowa WINO.

ŚPIEW PTAKA

Uczniowie mieli wiele pytań na temat Boga,
Mistrz im powiedział: - Bóg jest Nieznany i Niepoznawalny. Każde twierdzenie o Nim, każda odpowiedź na wasze pytanie będzie zniekształceniem Prawdy.
Uczniowie byli zaskoczeni: - W takim razie, dlaczego mówisz o Nim?
- A dlaczego śpiewa ptak? - odpowiedział mistrz.
Ptak nie śpiewa dlatego, że ma do przekazania jakieś twierdzenie. Śpiewa, ponieważ ma śpiew. Słowa uczniów muszą być zrozumiałe. Słowa mistrza nie muszą takimi być. Muszą być jedynie słyszane, w taki sposób, w jaki słucha się wiatru w drzewach, szumu rzeki czy śpiewu ptaka. One rozbudzają w tym, kto słucha, coś co leży poza wszelkim rozumieniem.

-opowiadania z ksiażki "Śpiew ptaka" - Mello Anthony De

Możesz zmienić!

Możesz zmienić!

Był sobie kiedyś w Chinach, w prowincji Xian sklepikarz, bardzo biedny i
skromnie żyjący. Nie załamywał się jednak niepowodzeniami i zawsze starał się wszystko robić jak najlepiej. Miał sklep, który dzięki jego ciężkiej pracy, zaradności i uprzejmości zyskiwał coraz więcej klientów i coraz lepiej prosperował. Z czasem człowiek ten otworzył jeszcze kilka podobnych sklepów, zatrudnił ludzi do pracy i stał się zamożnym kupcem.
Rodzinie kupca żyło się coraz lepiej, gdyż ten coraz więcej zarabiał. Przeprowadził się do większego domu w lepszej dzielnicy, urządził wspaniale sypialnię, salon i gabinet; zatrudnił ogrodnika i służącą. Jedna sprawa pozostawała niezmienna - posiłki, na które nieodmiennie od wielu lat składała się miseczka ryżu i woda.
Jego żona, dokładnie pamiętając czasy nędzy, ubóstwa i głodu, przygotowywała zawsze taki sam posiłek, starając się oszczędzać na wszystkim. To nic, że kupiec wielokrotnie mówił jej, iż stać ich na warzywa i mięso, na owoce i
słodycze - gdy wracał do domu, żona podawała mu miseczkę ryżu. Nie pomagały
rozmowy, prośby, błagania. Zona kiwała głową, obiecywała, że jutro będzie
inaczej, a gdy kupiec wracał z pracy, na stole pojawiała się miseczka ryżu i woda.
W końcu zrezygnowany udał się do Mistrza z prośbą o pomoc i jakąś interwencję.
Mistrz wysłuchał kupca i zapytał, o której wraca jutro z pracy do domu.
- Jak zwykle o zmierzchu - odpowiedział kupiec
- Muszę o tym porozmawiać z tobą i twoją żoną w waszym domu. Proszę,
uprzedź ją, że będę jutro u was o zmierzchu, niech przygotuje jakiś posiłek. Ale,
proszę, nie mów, po co przychodzę - powiedział mistrz.
Kupiec, ucieszony, pobiegł do domu i od razu zapowiedział, że będą jutro
mieli wspaniałego gościa, który zostanie na wieczornym posiłku. Poprosił żonę,
aby przygotowała coś wyjątkowego.
Nazajutrz żona rozpoczęła intensywne przygotowania do podjęcia mistrza.
Długo zastanawiała się, co podać na kolację, i po wielu fantastycznych pomysłach,
po rozważeniu wszystkich za i przeciw wielu potraw doszła do wniosku, że zwykły ryż i woda będą właśnie tym, co mistrz doceni. W końcu w prostocie
leży tajemnica piękna.
W południe ktoś niespodziewanie zadzwonił do drzwi. Zupełnie jeszcze nieprzygotowana,
w domowym niestarannym stroju otworzyła drzwi. Za nimi stał
mistrz i się uśmiechał.
- Jestem umówiony z twoim mężem na rozmowę - zaczął.
- Tak... wiem - powiedziała zaskoczona żona - ale chyba trochę później ?
- Rzeczywiście, ale nie miałem co robić, więc pomyślałem, że poczekam
na niego - i uśmiechnął się serdecznie. - Chyba nie masz nic przeciwko temu?
- Nie, ależ skąd. Proszę do środka - otworzyła drzwi, starając się skryć
swoje zmieszanie. - Proszę, wejdź.
Mistrz wszedł i usiadł. Nic nie mówił. W pokoju zaległa cisza. Siedział spokojnie
i rozglądał się.
- Może herbaty? - spytała.
- Nie, dziękuję - z uśmiechem odpowiedział mistrz. I znowu cisza.
- Ładny dzień dzisiaj.
- Ładny - odparł...
- Wczoraj okropnie lało.
- Tak...
Rozmowa nie kleiła się. Kobieta chciała za wszelka cenę czymś zająć dostojnego
gościa, ale nie bardzo wiedziała, jak i czym. On sam nie przejawiał Ŝadnej
inicjatywy. Minuty na zegarze płynęły bardzo powoli. Do zmierzchu było jeszcze
kilka godzin.
- Mąż wróci dopiero o zmierzchu - zagadnęła.
- Tak, wiem... ale poczekam, nie spieszy mi się. - I znowu serdeczny
uśmiech
- To jeszcze parę godzin.
- Chyba ci nie przeszkadzam.
- Nie, skądże, tylko tak chciałabym mistrza czymś zająć.
- Nie ma takiej potrzeby, posiedzę cichutko i poczekam.
Mistrz siedział spokojnie, a kobiecie coraz bardziej tego spokoju brakowało.
- A może zagramy w jakąś grę - zaczęła znowu.
- Dobrze zagrajmy. A w jaką?
- Może w „papier, kamień i nożyczki”?
- A co to za gra? Nie znam jej.
- Nie zna mistrz takiej starej chińskiej gry towarzyskiej ?
- Nie, nie znam, ale chętnie się nauczę.
- Gra polega na tym - zaczęła kobieta - że na dany znak obie osoby jednocześnie
pokazują dłonie. Otwarta to papier, zamknięta w pięść to kamień, a rozstawione
palce wskazujący i środkowy to nożyczki.
- Interesujące, i co dalej - mistrz wydawał się być bardzo ożywiony.
- Papier owija kamień i wygrywa. Nożyczki tną papier i wygrywają, ale tępią
się na kamieniu i wtedy przegrywają. A gdy oboje pokażemy to samo, jest
remis. Czy reguły są jasne dla mistrza?
- Tak, jasne. Grajmy już - mistrz był podekscytowany.
- To na „trzy, cztery” pokazujemy. Uwaga! Trzy, cztery! - zaczęła kobieta.
Mistrz pokazał papier, kobieta kamień.
- Świetnie, mistrzu, wygrałeś. No to dalej. Trzy, cztery! Mistrz pokazał papier,
kobieta nożyczki.
- Teraz przegrałeś. Trzy, cztery! Mistrz pokazał papier, kobieta papier.
- Teraz jest remis... ale, mistrzu, cały czas pokazujesz papier. Możesz
i powinieneś coś zmienić.
- Aha, to mogę zmienić gest ręki? - dopytywał się mistrz.
- Tak, możesz zmienić. No, to jeszcze raz. Trzy, cztery! Mistrz pokazał papier,
kobieta nożyczki.
- Mistrzu, możesz zmienić - była lekko podenerwowana.
- Tak, wiem, mogę zmienić - przytaknął spokojnie mistrz.
- No, to jeszcze raz. Trzy, cztery! Mistrz pokazał papier, kobieta kamień...
Gra trwała. Mistrz konsekwentnie pokazywał papier, a kobieta była coraz
bardziej poirytowana, coraz natarczywiej zwracała mistrzowi uwagę. Po głowie
przebiegały jej różne myśli, dotyczące jego poziomu umysłowego. W końcu nie
wytrzymała i zaczęła głośno krzyczeć.
- Możesz zmienić! Możesz zmienić! Możesz zmienić!
A mistrz spokojnie odpowiadał:
- Tak, wiem, mogę zmienić - i pokazywał papier.
Aż nagle kobieta uspokoiła się, uśmiechnęła, skłoniła głowę i podziękowała
mistrzowi za naukę oraz wspaniałą lekcję.
Gdy kupiec wieczorem wrócił do domu, minął się w drzwiach z mistrzem,
który właśnie wychodził. Na stole był przygotowany posiłek: pierożki, ryż, owoce,
jarzyny, mięso, piwo i wino ryżowe.
Pamiętaj: Możesz zmienić!

-bajka z książki "Bajki chińskie dla dorosłych"-Królicki Zbigniew

środa, 25 kwietnia 2012

Stare drzewo

Stare drzewo

Dawno, dawno temu na północy Indii żyło w cieniu wielkiego drzewa banianowego troje
przyjaciół: przepiórka, małpa i słoń. Byli dobrymi kompanami, lecz niekiedy dochodziło między
nimi do kłótni. Zdecydowali tedy, że wszelki spory między nimi powinno rozstrzygać to z nich,
które jest najstarsze. W owych czasach bowiem ceniono doświadczenie nabywane z wiekiem
i uważano, że młodsi powinni starszych darzyć respektem. Zwierzęta nie znały jednak daty
swych urodzin. Przepiórka znalazła sposób, jak temu zaradzić. Zwróciła się do słonia:
— Powiedz przyjacielu, kiedy byłeś mały, jak wielkie było to drzewo banianowe, pod
którym teraz siedzimy?
Słoń zastanowił się chwilę i odparł:
— Kiedy byłem dzieckiem, to drzewo było już wielkie. Lubiłem ocierać się o jego
zmurszały pień. Lubiłem odpoczywać po obiedzie, kryjąc się w jego cieniu.
Teraz przepiórka zapytała małpy:
— A ty, przyjaciółko, jakim pamiętasz to drzewo z czasu twego dzieciństwa?
— Gdy byłam dzieckiem, to drzewo było tak wielkie jak teraz. Lubiłam z koleżankami
skakać po jego gałêziach, bawic się w berka. To były piękne czasy.
Teraz słoń i małpa zapytały przepiórkę.
— A ty jakim pamiętasz to drzewo?
Przepiórka uśmiechnęła się i zaczęła swoją opowieść.
— Gdy byłam dzieckiem, lubiłam biegać po lesie, który rośnie w pobliżu. Bardzo lubiłam owoce banianu. Objadałam się nimi do syta. Pamiętam kiedy raz, na tej polanie,
upuściłam jedno nasionko banianu i z niego właśnie wyrosło to wielkie drzewo, pod którym
teraz siedzimy.
Teraz już wszyscy przyjaciele wiedzieli, które z nich urodziło się najdawniej. Od tego
czasu wszystkie spory rozstrzygała przepiórka i jako najstarsza cieszyła się ogólnym poważaniem i respektem.
Tittira-d¿átaka
-bajka z książki "Bajki buddyjskie" - Janusz Krzyżowski

Wątpliwość

(...) W pewnym klasztorze żył bardzo mocny, młody mnich. Bardzo gorliwie praktykował zen. Któregoś razu siedząc w bibliotece gdy studiował sutrę weszła piękna kobieta. Kiedy wyszła czytał sutrę ale cały czas widział jej twarz. Cokolwiek robił później nadal widział jej twarz. Nie znikało stałe uczucie. Później dowiedział się, że właśnie ta kobieta w tej świątyni za kilka dni ma wziąć ślub z mężczyzną z rodziny królewskiej. Któregoś dnia gdy znów siedział w bibliotece ta kobieta znowu weszła. Wtedy podeszła do niego i powiedziała: "Przepraszam Sunim ale czy mogę chwilę z Tobą porozmawiać?", "Tak, proszę?" Odparł. "Wiesz, parę dni temu byłam tutaj. Kiedy weszłam zobaczyłam Ciebie. Nie mogę o Tobie zapomnieć. Poprostu Cię kocham." "Taaak... wiesz ja też Ciebie kocham!" Ale co mieli zrobić w tym momencie? A więc postanowili, że po prostu ucieknom. Wieczorem spotkali się u bram świątyni. On już się przebrał w świeckie szaty. Uciekli w miarę daleko tak aby nikt nie mógł ich odnaleźć. Kupili trochę ziemi i tam  Po jakimś czasie pojawiło się dziecko ale dowiedzieli się, że ktoś ich szuka. Sprzedali tą ziemię i udali się w jeszcze bardziej odległy region gdzie ziemia do uprawy była już bardzo, bardzo trudna ale nadal byli ze sobą szczęśliwi. Kochali się co dla nich było najważniejsze. I pojawiło się drugie dziecko. Ale znowu dowiedzieli się, że ktoś nadal ich szuka, dwóch osób z dziećmi. Stwierdzili, że jeśli całe życie będą uciekać razem nie uda im się to i w końcu ich odnajdą. Postanowili się rozdzielić. Jedno weźmie jedno dziecko, drugie weźmie drugie dziecko. I tak zrobili. I kiedy ten eksmnich uciekał z tym dzieckiem, pieniądze się kończyły. W którym momencie kiedy nastał wieczór, pogoda była burzliwa. Schronił się z tym dzieckiem pod drzewem. Nie miał nic co mógłby dać mu do jedzenia. Tylko go poprostu przytulił, ogrzał własnym ciepłem. Myślał. Nie wiedział co się dzieje z jego żoną i drugim dzieckiem. Jego cierpienie rosło, rosło, rosło. Zamknął oczy i zaczął płakać. W tym momencie trach! Uderzenie piorunu. Kiedy Sunim ocknął się zobaczył, że nie ma dziecka, nie jest w lesie tylko w bibliotece. Wszystko to poprostu było snem. W tym momencie nie miał już żadnych wątpliwości na temat tej kobiety.

Uczeń: Czy to znaczy, że trzeba być mnichem i nie zakładać rodziny?
SSN: Nie, lepiej nie mieć wątpliwości. Jeśli już mamy wątpliowść niech to będzie wielka wątpliwość. Wielka wątpliwość to kompletne zwątpienie w to co uważamy, że doprowadzi nas do szczęścia, że warto jest tego kurczowo trzymać, że jest trwałe. Ponieważ nauka mówi, że pierwotnie wszystko jest puste. Taką właśnie wątpliwość przeżył również Budda. Wtedy usiadł pod drzewem Bodhi, siedział przez kilka dni. W którymś momencie zobaczył gwiazdę. Gdy ją ujrzał wszystkie wątpliwości znikły. "Ahh! To właśnie to!" Mam nadzieję, że jeśli ktoś z nas ma wątpliwość czy praktykować. Stanie się to jego wielką wątpliwością po to tylko aby któregoś dnia wszystkie wątpliwości zniknęły. Dziękuję.

-Mowy Dharmy Falenica 18.09.2007.-fragment mowy wprowadzajacej Piotr Bies

Modliwa żaby - De Mello A.


„ONA UWAŻA, ŻE JESTEM PRAWDZIWY!"

Rodzina przyszła na kolację do restauracji. Kelnerka przyjęła zamówienie od dorosłych, a potem zwróciła się do siedmiolatka.
„A ty, co zjesz?" zapytała.
Chłopiec popatrzył lękliwie dookoła stołu i powiedział: „Chciałbym hot-doga".
Zanim kelnerka zdążyła zanotować zamówienie, włączyła się matka. „Żadnych hot dogów", powiedziała. „Proszę mu przynieść stek z ziemniakami i marchewką".
Kelnerka ją zignorowała. „Chcesz ketchup czy musztardę do hot doga?" zapytała chłopca.
„Ketchup".
„Zaraz podam”, powiedziała kelnerka ruszając w stronę kuchni.

Po jej wyjściu zapadła pełna zdumienia cisza. W końcu chłopiec spojrzał na wszystkich obecnych i powiedział: „Wiecie, co? Ona uważa, że jestem prawdziwy!"

„Jak się mają twoje dzieci?"
„A dziękuję, obydwoje czują się świetnie".
,”W jakim są wieku?"
„Lekarz ma trzy lata, a prawnik pięć".
 

ZNERWICOWANE DZIECKO

Mała Mary była na plaży ze swą matką.
„Mamusiu, mogę pobawić się w piasku?"
„Nie kochanie. Tylko sobie pobrudzisz swoje czyste ubranie".
„Mogę pobrodzić w wodzie?"
„Nie". Zamoczysz się i zaziębisz".
,Mogę się pobawić z innymi dziećmi?"
„Nie. Zgubisz się w tłumie".
„Mamusiu, kup mi loda".
„Nie. Szkodzą ci na gardło".
Mała Mary zaczęła płakać.
Matka odwróciła się do kobiety, która stała w pobliżu i powiedziała: „Na miłość boską! Czy widziała pani, kiedy takie znerwicowane dziecko?".
 

TRAN DLA PSA

 Pewien człowiek zaczął dawać swemu dobermanowi duże dawki tranu, ponieważ powiedziano mu, że jest on dobry dla psów. Codziennie trzymał głowę protestującego psa między kolanami, otwierał mu na siłę szczęki i wlewał płyn do gardła.
Pewnego dnia pies wyrwał się i rozlał tran na podłogę. Potem, ku wielkiemu zaskoczeniu mężczyzny, powrócił, żeby wylizać łyżkę. Wtedy to człowiek odkrył, że pies nie protestował przeciwko tranowi, lecz metodzie jego aplikowania.
-Opowiadania pochodzą z książki "Modlitwa żaby" - De Mello A.

Co jest, jest naprawdę wystarczające

MISTRZYNI ZEN BON SHIM (ALEKSANDRA PORTER JDPSN)
Fragment Mowy Dharmy wygłoszonej 20 sierpnia 2008 podczas Letniego Kyol-Che w Warszawskim Centrum Zen.
Był kiedyś chory człowiek i szukał pomocy u wielu lekarzy, lecz oni tylko rozkładali ręce. Nie byli w stanie mu pomóc. W końcu natrafił na taką osobę, którą zwykle nazywamy starym mądrym człowiekiem. Jednocześnie ten człowiek był zielarzem. Powiedział „Mogę ci pomóc. Niedaleko stąd w lesie w górach rośnie lecznicza roślina i jeśli tylko będziesz zgodnie z instrukcjami szukał – cierpliwie i ostrożnie, na pewno znajdziesz tę roślinę i będziesz mógł się wyleczyć”.
Więc ten człowiek bardzo szczęśliwy od razu następnego dnia wyruszył do lasu na poszukiwania rośliny. Rzeczywiście z początku bardzo uważnie zgodnie z instrukcją, cierpliwie, ostrożnie poruszał się po lesie, był bardzo czujny.
Ale mijał czas i powoli, powoli rozglądał się dookoła i zauważał wiele ciekawych krzewów, ciekawą roślinność, dużo pięknych okazów głazów, kamieni i tak dalej i powoli, powoli zapomniał o instrukcji, powoli, powoli zapomniał po co w ogóle znalazł się w tym lesie.
Podobnie sytuacja wygląda z praktykującymi. To wielkie pytanie słabnie po drodze. To co nazywamy umysłem początkującego zamienia się w umysł eksperta i praktyka zatrzymuje się w czymś w rodzaju martwego punktu.
Ciekawą rzecz powiedział mi instruktor jazdy, kiedy kończyłam kurs. Kiedy kończyłam i dziękowałam mu za naukę, powiedziałam, ze mam nadzieję, ze nie przyniosę mu wstydu i nie spowoduję szybko wypadku. On powiedział: „Nie, nie, nie! Nie ma obawy. Są prowadzone od wielu lat badania i statystycznie wypadki spowodowane przez początkujących zdarzają się bardzo rzadko”. Większość wypadków zdarza się osobom, które jeżdżą od kilku do kilkunastu lat, ponieważ tracą uważność, czujność i mają poczucie, że znają się na rzeczy. Ale trzeba uważać.
Jest taki kongan, kiedy jeden Mistrz przychodzi do drugiego Mistrza i pyta: „W konganie MU jest dziesięć chorób. Jak możesz nie zachorować?”. Wtedy drugi Mistrz powiedział: „Ja tylko spaceruję na ostrzu miecza”. Tego rodzaju ostrożność! Jeśli spacerujesz na ostrzu miecza musisz bardzo uważać. Jeśli nie uważasz możesz się zranić. I tak się składa, że im więcej praktykujesz, tym bardziej musisz uważać.
Jest jeszcze takie jedno nauczanie, które nie bardzo się rozwija w tej szkole. Może uda mi się je trochę rozwinąć. Dae Soen Sa Nim bardzo często mówił „Porzuć to wszystko”. W podobny sposób nauczał wielki Dogen Zenji. Dogen nauczał „Puść swoje ciało i umysł”, co nie oznacza odrzucenia czegokolwiek.
Nie oznacza odrzucenia ciała i umysłu, wręcz przeciwnie. To znaczy „Doświadczaj swojego umysłu, doświadczaj swojego ciała. Doświadczaj tego, co akurat w tym momencie się dzieje z twoim ciałem i z twoim umysłem”. ...
Potem Dogen kontynuuje i mówi „Osadź swoje życie w mieszkaniu Buddy”, czyli mieszkanie Buddy to też nie jest jakaś tam Nirvana, której być może kiedyś doświadczymy jak będziemy mocno praktykować. Mieszkanie Buddy to tylko ten moment. Kiedy ktoś może powiedzieć „Tylko ten moment. Tylko to”, możesz podejść do tego na dwa sposoby. Możesz podejść do tego „Tylko to? O to chodzi w praktyce?”.
Można podejść do tego trochę inaczej. Też jest krótka historia kongan o tym. Człowiek ucieka przed tygrysem. Tygrys go goni i w pewnym momencie wpada w przepaść. Wtedy w ostatniej chwili łapie się pnącza zwisającego w stronę przełęczy. I zwisając na tym pnączu, patrzy w górę, a nad nim stoi tygrys, zawiedziony, że nie dopadł człowieka, więc czeka na dobry moment. Patrzy w dół, a tam czeka następny tygrys już z otwartą paszczą.
To jest ten moment spotkania życia i śmierci. W tym momencie nie ma wyjścia. Jest tylko nie wiem. I ten człowiek nagle widzi czerwoną dojrzałą piękną truskawkę. Sięga z tym umysłem nie wiem po truskawkę – i Nirwana!
Czyli można do tego momentu podejść „tylko to?” albo możesz go doświadczyć w pełni, kompletnie. To jest możliwe tylko wtedy, gdy doświadczysz tego, co jest, nie swoich wyobrażeń. To jest bardzo pomocne, bardzo przydatne w życiu. Jeśli rzeczywiście doświadczasz w ten sposób życia, nie tracisz całej energii na kreowanie czegokolwiek, kreowanie siebie itd. I wtedy możesz dokładnie zobaczyć sytuację taka, jaka ona jest i reagować na nią.
Teraz jedyne co trzeba odrzucić to są schematy takie jak: „Po kilku tygodniach Kyol Che powinienem mieć mniej myślenia” (śmiech) albo „Po tylu latach praktyki powinienem mieć lepsze życie”. Znamy to bardzo dobrze. Tego typu stereotypy możecie spokojnie wyrzucić. Jeśli to odrzucicie, nie pójdziecie za tym, wtedy też możliwe jest doświadczać tego, co jest w pełni. Wtedy nie traci się energii na walkę. Na walkę ponieważ nie zgadzasz się z tym doświadczeniem, nie chcesz tego doświadczenia. Chcesz innego doświadczenia, „bo powinno być inne”.
Dogen powiedział, że dopiero w chwili śmierci jest taki moment kompletnego poddania się, dopiero wtedy rozumiesz, że nie masz wyjścia. Nie ma po co walczyć. To jest bardzo ważne doświadczenie – nie ma wyjścia. Doświadczenie Kyol Che – nie ma wyjścia. W życiu jest dokładnie tak samo. Ale jest truskawka. (śmiech) Zawsze jest truskawka! Jeśli otworzysz się na takie doświadczenia, możesz doświadczyć tej Nirwany. ... W pewnym momencie jest takie doświadczenie: to, co jest, jest naprawdę wystarczające.
Artykuł z: http://www.kwanumeurope.org

wtorek, 24 kwietnia 2012

Dobrzy Aktorzy

MISTRZYNI ZEN BON SHIM (ALEKSANDRA PORTER JDPSN)
Mowa Dharmy w Ołomuńcu, Republika Czeska
Oto pytanie dla wszystkich: Jak możecie wydostać się z samsary, jak możecie wydostać się z cierpienia? Wszyscy jesteśmy naprawdę szczęśliwi ponieważ mamy dobrą sytuację do praktyki. Możemy sobie nawzajem pomagać i wspierać się, przychodzimy tu dobrowolnie i nic nas nie powstrzymuje od praktykowania poza naszym umysłem „ja, mnie moje”. Jednakże wiele razy kiedy chcecie udać się na odosobnienie lub robić pokłony, bądź posiedzieć, z tyłu głowy pojawia się cichutki głosik: „tylko minutę... zrobię to później... wpierw musze pozmywać naczynia... zadzwonić do kogoś... albo zrobić to czy tamto”. Więc w pewnym sensie ta sytuacja jest dobrą sytuacją, ponieważ zła sytuacja jest dobrą sytuacją, dobra sytuacja jest złą sytuacją. Ważną rzeczą tutaj jest to, że chcecie praktykować.
Czym jest praktyka? Czasem myślimy: „Och, zrobię tysiąc pokłonów, dziesięć godzin medytacji siedzącej i wtedy coś otrzymam”. To nie tak. Jeśli wasz kierunek nie jest jasny, możecie zrobić milion pokłonów i medytować cały dzień i noc, lecz nic się nie zdarzy... być może bardzo rozbolą was nogi i po chwili poddacie się. „Bolą mnie nogi, boli mnie ciało i niczego nie osiągnąłem!” A zatem jeśli macie jasny kierunek wówczas wasza praktyka będzie trwać bez przerwy, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Lecz dla wielu ludzi pytaniem jest: czego chcę? Dlaczego praktykuję? Aby co osiągnąć?
Wielokrotnie chcemy coś otrzymać poprzez praktykę, ale oświecenie oznacza stracić wszystko – nie coś otrzymać. Niczego nie otrzymujecie, wszystko tracicie. Musicie być na to przygotowani. Musicie być gotowi aby naprawdę wszystko stracić, stracić wszystkie złudzenia wobec siebie. Nie jest to łatwe. Nie lubimy tego. Chcemy zatrzymać chociaż małe złudzenie, mieć chociaż cokolwiek, jakąś maleńką rzecz, której można się przytrzymać by poczuć się bezpiecznie.
Znam wielu uczniów, którzy mają doskonałe sytuacje. Mogą praktykować tak wiele, jak zechcą. Nie tak dawno temu zorganizowaliśmy spotkanie nauczycieli Dharmy w Warszawie. Nauczyciel Dharmy to ktoś, kto praktykował przez wiele lat. To dobry sprawdzian, gdyż na początku macie inspirację i motywację, chcecie coś osiągnąć, i o kilku latach praktyki możecie zostać nauczycielem Dharmy. A więc macie już jakiś status; dostaliście długą szatę i usłyszeliście wiele mów Dharmy. Znacie nauczanie bardzo dobrze – „Tylko idź prosto! Rób to na sto procent!” Jest to bardzo niebezpieczny czas, ponieważ myślicie: „Och, żaden problem. Zen jest bardzo łatwy. Już coś osiągnąłem.” Myślimy, że nie ma już dużo więcej do osiągnięcia. „Może, jeśli stanę się naprawdę zdesperowany, mogę zostać Ji Do Poep Sa”. Ale to wiele pracy, więc większość ludzi myśli: „Może później. Najpierw muszę zatroszczyć się o swoje życie, mieć dzieci, zbudować dom, kupić samochód, i wtedy pomyślę o tym”.
Ale wróćmy do spotkania, gdzie odkryłam, że ludzie mają skłonność do lenistwa. Wierzą w praktykę, mają motywację, by stać się Buddą i osiągnąć oświecenie. Świetny pomysł! Każdy tego chce, ale to, czego naprawdę potrzebujecie to dyscyplina, a dyscyplina jest czymś, co wielu starszych uczniów traci. Dyscyplina oznacza wstawanie każdego ranka bez względu na waszą sytuację, bez względu na wasz stan – po prostu wstajecie. Jest tak, ponieważ wasza sytuacja, stan i pytanie przychodzą i odchodzą, wciąż się zmieniając. Czasem wasze życie jest łatwe – żadnych problemów. Wpadacie w ten leniwy stan umysłu: „Ok., zrobię to jutro, wstanę i zrobię to. Żaden problem. A teraz zrobię przerwę”. Jednak życie jest bardzo krótkie – dzień, noc – noc, dzień - koniec. Może obudzicie się ponieważ jakieś cierpienie zapuka do waszych drzwi i wówczas pomyślicie: „Musze robić swoje pokłony!”.
W ostatnią niedzielę wszyscy przyszli i mieliśmy wielką Ceremonię Oświecenia Buddy. To cudowne mieć te ceremonie, ponieważ wreszcie widzę wszystkich nauczycieli Dharmy i starszych uczniów. Teraz wiem po co mamy te wszystkie ceremonie! Pewien uczeń, który zawsze był bardzo nieśmiały i nigdy nic nie mówił, przyszedł do mnie i tym razem przemówił: „Przyszedłem na to odosobnienie ale to moje ostatnie. Zen nie jest dla mnie. Praktykowałem przez sześć lat i nic się nie wydarzyło.”
Zapytałam: „Kiedy ostatnio byłeś na odosobnieniu?” Pomyślał chwilę i powiedział „Cztery lub pięć lat temu.”
„A jaka jest twoja codzienna praktyka?”
„Cóż, czasami wstaję rano i robię sto osiem pokłonów oraz siedzę przez piętnaście minut, ale nie mogę tego robić codziennie, tylko czasami.”
„A więc czego oczekujesz? Masz tylko to, co robisz, a to niewiele, bo robisz niewiele.”
Tylko spróbujcie trzech prostych rzeczy w swoim życiu: wskazań, medytacji i konganów. Jeśli wykonujecie te trzy praktyki, to jakbyście byli na trzech ścieżkach jednocześnie, wzrastacie wówczas bardzo szybko, ponieważ polegają one na dyscyplinie, której potrzebujecie, jeśli chcecie się czegokolwiek nauczyć. Medytacja może wam dać coś, co nazywamy samadhi, czyli czysty umysł Medytacja jest jak wiatr wiejący przez niebo: im więcej medytujecie, tym mocniej wiatr wieje, szybko oczyszczając niebo z chmur. Nie ma medytacji – nie ma wiatru i jest po prostu szaro, jak dziś. Następnie jest praktyka konganowa, która polega na mądrości. Samo siedzenie, to nie zen. Po trzech dniach możecie tego nie poczuć, ale jeżeli siedzicie na odosobnieniu przez tydzień lub kilka miesięcy, wówczas następuje punkt, w którym wasz umysł osadza się i jest jak spokojne morze, spokojny i cichy, najwspanialsze doświadczenie waszego życia. Sutry nazywają ten spokój błogością. Lecz nie możecie się tutaj zatrzymać. Jeśli jesteście uczniami Zen, musicie chodzić na rozmowy osobiste i czasem robić z siebie głupców! To jest ścieżka mądrości, której nie zawsze chcemy, bo nikt nie lubi czuć się głupio lub mieć poczucie, że nie zdał egzaminu. Dla wielu to przywraca wspomnienia ze szkoły – złe oceny, to nieprzyjemne uczucie.. znów następna zła ocena.
Pamiętam jak robiłam z siebie głupka wiele razy i czułam się okropnie! Pamiętam rozmowę osobistą z Mistrzem Zen Seung Sahnem, na której wykonałam ten szalony ruch, by odpowiedzieć i nigdy nie zapomnę jak na mnie spojrzał: „Co???” Nie mógł niczego ukryć i to było jak: „Co ona robi?” Mistrz Zen Seung Sahn jest wielkim Mistrzem Zen, więc stres jakiego doświadczałam był silny. Jego nauki nauczyły mnie nie brać siebie tak poważnie, „OK, jestem głupia, i co z tego. On również nie zawsze był taki mądry.”
Praktyka konganowa posiada wiele funkcji, jedną z nich jest to, że kiedy praktykujecie przez jakiś czas, nabieracie poczucia, że rozumiecie coś, szczególnie jeśli rzadko macie rozmowy osobiste i tylko praktykujecie w domu. Wtedy idziecie na rozmowę osobistą i doznajecie wielkiego „nie wiem”. Wówczas widzimy, że konieczne jest więcej praktyki. Pewnego razu miałam uczennicę, która znała odpowiedź na swój kongan przez sześć miesięcy, ale nie mogła po prostu wstać i jej udzielić. Podczas ostatniego siedmiodniowego Yong Maeng Jong Jin zrobiła to i obie byłyśmy tak szczęśliwe. To było cudowne doznanie.
Mistrz Zen Seung Sahn uczy nas, że musimy stać się dobrymi aktorami Cały ten świat jest jak pokój rozmów osobistych i jeśli nauczymy się czegoś podczas tej nieskończone relacji nauczyciel-uczeń, wówczas musimy tego używać w codziennym życiu. Pamiętam jak pewnego razu nie mogłam przejść przez kongan przez dłuższy czas i zaczęłam myśleć komu potrzebne są te stare historie o Mistrzach Zen z zamierzchłych czasów? One nie mają nic wspólnego z moim życiem. Nie powiedziałam tego Mistrzowi Zen Seung Sahnowi, ale on powiedział mi: „ Jeżeli masz problemy z konganami, to masz problemy w swoim codziennym życiu.”
Każdy kongan jest jak mała brama, którą otwieracie jedna za drugą. Jest brama emocjonalna, brama nieśmiałości, brama postrzegania i wiele innych. Zdarzenia w waszych życiach nie są takie same jak w konganach, nie wisicie na drzewie w waszym codziennym życiu (śmiech), no, może, czasami. Rzecz w tym, że kiedy otwieracie tę bramę, wtedy ona pracuje dla was w waszym codziennym życiu.
Pytanie: Jeśli kongany są jak otwieranie bramy, czy jest tam coś, gdy się otworzą? Czy wszystko nagle się otwiera?
PPSN: Może się zdawać ze ten proces otwierania jest bezkresny. Mam dopiero dwadzieścia jeden lat doświadczenia i im więcej praktykuję, tym widzę więcej bram do otwarcia.
Pytanie: A czy to zawsze jest w tym samym tempie?
PPSN: Tempo jest interesujące, ponieważ przez chwilę robicie wielkie kroki naprzód. Pamiętam jedno szczególne Yon Maeng Jong Jin, kiedy zrobiłam prawdziwy postęp ale później czułam, jakbym chodziła w kółko. Tak więc szybkość postępu jest dziwna, ale to tylko wrażenie, jakie macie. Nigdy się nie cofacie, rozwijacie się i wzrastacie jeśli praktykujecie. Jeżeli macie silny nawyk oczekiwania, wtedy chcecie, by się coś wydarzyło, jakieś światła, jakieś cuda i wtedy myślicie: „Taaak, jestem blisko oświecenia!”
Istnieje opowieść o oczekiwaniu, która wiele mi pomogła. W naszej tradycji Zen istnieje wielki duet mistrz-uczeń, Nam Cheon i Jo-Ju. Zanim stał się wielkim mistrzem, Jo-Ju miał sześćdziesiąt lat i praktykował już bez mała lat czterdzieści. Praktykował bardzo uczciwie z pytaniem, które wciąż zadawał Nam Cheonowi: „Mistrzu, co jest Prawdziwą Drogą?’ To jak pytanie o co chodzi w życiu. Dla niego było to bardzo poważne pytanie w jego świecie.
Podczas tego zimowego Kyol Che w Warszawie był uczennica, którą znałam od dawna i która zadała mi to samo pytanie: „Znamy się od tak dawna, wiec w czym leży tajemnica? Możesz mi powiedzieć.”
Zaczęłam się śmiać i powiedziałam jej, że ironia polega na tym, że ona posiada tę tajemnicę, ale tylko ona może ją odkryć. Często myślimy, że jest jakieś ukryte znaczenie w słowach nauczyciela: „Niebo jest niebieskie”. Nam Cheon odpowiedział na to samo pytanie mówiąc: „To codzienny umysł, nic szczególnego.” Zmienianie dziecku pieluszek jest Prawdziwą Drogą, picie piwa z przyjacielem jest Prawdziwą Drogą. Codzienny umysł jest Prawdziwą Drogą.
Lecz Jo-Ju nie potrafił w to uwierzyć, więc zapytał: „Mam go utrzymywać, czy nie?” Nam Cheon powiedział: „Jeżeli próbujesz go utrzymać, to już jest wielki błąd.”
„Ale jeśli go nie będę utrzymywał”, Jo-Ju wciąż próbował, „to jak mogę zrozumieć?” Wciąż miał silny nawyk pragnienia zrozumienia na czym to wszystko polega. Wszyscy popełniamy ten błąd tak często, próbując zrozumieć poprzez myślenie.
Więc ostatnim UDERZENIEM Nam Cheona było: „Skoro chcesz zrozumieć... rozumienie jest złudzeniem, nierozumienie jest pustką. Jeżeli prawdziwie chcesz zrozumieć Prawdziwą Drogę, jest ona przed myśleniem, czysta jasna i bezkresna. A więc dlaczego stwarzasz dobre i złe?” Słysząc to, umysł Jo-Ju całkowicie się otworzył.
W tej opowieści jest wielkie nauczanie. Kiedy usłyszałam ją po raz pierwszy, pomyślałam: Jo-Ju praktykował przez czterdzieści lat – to nie brzmi dobrze. Wszyscy mamy na początku ten pomysł, że będziemy mocno praktykować i skończymy, po czym wrócimy do naszych codziennych przyjemności czy czegokolwiek. Czterdzieści lat praktyki Jo-Ju dało mi dobrą perspektywę na to, co robię. Nam Cheon powiedział, że codzienne życie jest Prawdziwą Drogą, i to również jest dobre nauczanie, ponieważ większość z nas chce czegoś specjalnego, jakichś cudów. Cud jest, praktyka – zmieniamy się! To jest dla mnie prawdziwy cud, widzieć jak ludzie się zmieniają. Zwykle nie zdarza się to nagle: „Ach! Mogę latać po tej sali Dharmy”, to nie na tym polega.
A wiec wróćmy do prawdziwego cudu i kontynuujmy te okropne rozmowy konganowe!
– Przekład: Maciej Dziubak
-Artykuł z http://www.kwanumeurope.org/