czwartek, 31 maja 2012

Integracja świadomego i podświadomego umysłu

Co to jest podświadomość? Niektórzy psychologowie i inni myśliciele określają
podświadomość jako rezerwuar całej wewnętrznej mocy. W rzeczywistości, jest to rezerwuar
wszelkich naszych iluzji. Faktycznie mówią oni o Prawdziwym Ja, które znajduje się "pod"
podświadomością. To podświadomość zakrywa naszą boską esencję, blokując jej przepływ,
czyniąc świadomość nieświadomą i powodując ignorancję.
Podświadomość została stworzona do wykonywania zadań w sposób automatyczny, tak
aby nie obciążać świadomego umysłu monotonnymi szczegółami, takimi jak bicie serca czy
oddychanie. Jest podobna do automatycznego pilota, przejmującego pewne zadania po to, aby
prawdziwy pilot mógł myśleć i robić co innego. Niestety, nadużyliśmy tego daru i zamiast
nam ułatwiać życie, podświadomość trzyma nas w uśpieniu. Podświadomy umysł oznacza coś, co jest "pod" i poza normalnym obszarem świadomości.
Jesteśmy świadomi swego świadomego umysłu, ale nie jesteśmy świadomi swej
podświadomości. Jest tak dlatego, że wraz z pierwszym aktem stłumienia i wyparcia czegoś,
wycofaliśmy swoją świadomość z części Stworzenia i w ten sposób oddzieliliśmy się od
rzeczywistości, tworząc "negatywną" podświadomość. Ta część podświadomego umysłu nie
istniała, dopóki jej nie stworzyliśmy, negatywnie coś osądzając. Za każdym razem, gdy
wycofujemy z czegoś świadomość i coś z niej wypieramy, powiększamy podświadomy umysł
kosztem świadomego. Odtrącając rzeczywistość przez uznanie czegoś za nieprzyjemne i
spychając ją do podświadomości, coraz bardziej ograniczamy nasz świadomy umysł. O takiej
"ciemności" mówi Nowy Testament. Wycofanie świadomości z jakiegokolwiek
doświadczenia, które oceniamy negatywnie, powoduje "osunięcie" się świadomości w
podświadomość i ciemność.
Gdy zaczynamy skupiać się na sobie dzięki rozmaitym technikom, takim jak: integracja
oddechem, rebirthing, joga, medytacja itd., nasza esencja lub, inaczej, nieskończona
wewnętrzna istota zaczyna się krystalizować i wyrażać siebie. Kiedy owa wewnętrzna istota,
czyli bezwarunkowa wewnętrzna ekstaza, staje się wyraźniejsza, zaczyna wywierać coraz
większy wpływ na naszą zewnętrzną istotę.
Podświadomy umysł symbolizowany jest w chrześcijaństwie jako "grzech pierworodny".
-z książki Sisson P. Colin "Wewnętrzne przebudzenie"

Wiara i monety


W pewnej wsi w prowincji Henan stały w bliskim sąsiedztwie dwa domy. W jednym wielkim i murowanym mieszkał szczęśliwy i zamożny rolnik. Był otoczony służbą i mógł mieć wszystko, niczego mu nie brakowało. Nie stronił nigdy od luksusu i spełniania swoich zachcianek.
Obok, w skromnej drewnianej chałupinie, żył starszy człowiek, przestrzegający bardzo surowych zasad i obyczajów. Cały swój czas przeznaczał na uprawę ziemi oraz na modlitwę.
W ciągu dnia staruszek i bogacz spotykali się niejednokrotnie, wymieniając zawsze parę zdań. Bogaty rolnik mówił najczęściej o swoich pieniądzach, a starzec o swojej wierze.
- Wiara! - kpił sobie bogacz. - Jeśli prawdą jest ze, jak mówisz, Bóg istnieje i jest taki wszechmocny i potężny, to dlaczego Go nie poprosisz, aby zesłał ci tyle pieniędzy, zebyś nie musiał już żyć w niedostatku i tak ciężko pracować?
- To bardzo dobry pomysł - odpowiedział starzec i poszedł do swojego domu. Następnego dnia, kiedy się spotkali, starzec był dziwnie rozpromieniony i szczęśliwy.
- Co ci jest, starcze?
- Nic mi nie jest. Ale dzisiaj rano, zgodnie z twoją radą, poprosiłem Boga, aby zesłał mi sto dukatów.
- Ach tak?
- Tak, i wiesz, co Mu powiedziałem ? Ze chyba wie o tym, jak dobrym zawsze byłem człowiekiem i szanowałem Jego prawa. Nalezy mi się za to nagroda i sam mogę wyznaczyć jej wysokość. Poprosiłem go o sto złotych monet.
Chyba nie jest to zbyt duza suma, jak sądzisz?
- To niewazne, co ja sądzę- odpowiedział kpiąco bogacz. - Wazne, co na ten temat sądzi twój Bóg. Moze uwaza, ze powinieneś dostać dwadzieścia albo pięćdziesiąt, albo sto osiemdziesięciu, albo dziewięćdziesiąt. Kto wie?
- Jesteś w błędzie. Bóg moze zdecydować, czy zasługuję na nagrodę, czy nie. Ja mogę ustalić jej wysokość. A ja proszę bardzo wyraźnie. Chcę stu monet. Nie przyjmę dwudziestu ani trzydziestu, ani dziewięćdziesięciu dwóch. Poprosiłem o sto i nie wątpię, ze jeśli Bóg będzie mógł się zająć moją prośbą, spełni ją. Nie będzie się ze mną targował, ani ja z Nim. O sto proszę i sto dostanę. Nie mam zamiaru zaakceptować nawet jednej monety mniej.
- Ha, ha! Jak na biedaka masz niezłe wymagania! - śmiał się bogacz.
- To czysta uczciwość. Tak samo jak On wymaga ode mnie, ja wymagam od Niego - powiedział starzec.
- Nie wierzę, abyś potrafił odmówić przyjęcia np. pięćdziesięciu monet, które ześle ci Bóg, tylko dlatego, ze nie jest ich sto.
- Jestem pewny, ze nie przyjąłbym zadnej ilości nizszej od stu, ale wyzszej tez nie. Nawet gdyby Bóg stwierdził, ze to za mało, i zdecydował się przysłać mi więcej. Reszty i tak bym nie przyjął.
- Ha, ha! Oszalałeś zupełnie. To ta praca w słońcu ci zaszkodziła. Myślisz, ze uwierzę w twoje deklaracje i twoją wiarę? Ha, ha! Chciałbym zobaczyć, jak się tego trzymasz. Ha, ha!
I sąsiedzi rozeszli się.
Nie wiadomo, z jakiego powodu, starzec irytował bogacza. Drazniła go jego skromność, wiara, spokój ducha. I ta pewność siebie! Co za nonszalancja! Jak mógł powiedzieć, ze nie przyjąłby sumy mniejszej od stu dukatów? Tu Bogacz postawił sobie cel: zdemaskować i ośmieszyć wiarę starca. Nie czekając długo, postanowił zrobić to tego samego popołudnia. Przygotował duzą sakiewkę z dziewięćdziesięcioma dziewięcioma duktami i podkradł się pod chałupę sąsiada. Starzec klęczał przed obrazem i głośno się
modlił.
- Boze miłościwy, wspomóz mnie, twojego wiernego wyznawcę. Myślę, ze mam prawo do stu monet. I gdy będziesz je wysyłał, pamiętaj: ma być sto. Nie zadowolę się tym, co mi ześlesz. Chcę dokładnie stu monet...
Kiedy starzec się modlił, bogacz wszedł na dach i przez otwór w kominie zrzucił monety do środka. Następnie zszedł i podglądał przez okno. Starzec, będąc jeszcze na klęczkach, usłyszał dźwięk metalu spadającego w kominie. Wstał powoli, zblizył się do pieca, podniósł sakiewkę, strzepując z niej
sadzę i popiół. Następnie podszedł do stołu i wysypał zawartość sakwy. Ukazała się przed nim góra monet. Starzec padł na kolana i szczerze podziękował Bogu za zesłany mu prezent.
Dokończył modlitwę i przeliczył monety. Było ich dziewięćdziesiąt dziewięć!
Dziewięćdziesiąt dziewięć monet.
Na ten właśnie moment czekał przyczajony za szybą zamozny gospodarz. Czekał, przygotowany na zdemaskowanie obłudy starca i wyłozenie swojej teorii. Starzec wzniósł oczy ku niebu i modlił się dalej:
- Boze mój, widzę, ze zdecydowałeś się na spełnienie prośby biednego starca, ale równiez widzę, ze w niebiańskim skarbcu było tylko dziewięćdziesiąt dziewięć monet. Jesteś wspaniałomyślny i nie pozwoliłeś, abym czekał tylko na jedną monetę. Ale, jak juz Ci powiedziałem, nie chcę przyjąć sumy mniejszej bądź większej o jedną choćby monetę... Nie chcę zatem Twoich pieniędzy - i starzec pogrązył się w modlitwie
„To uparty osioł!” - pomyślał zaskoczony bogacz. Po krótkiej chwili starzec zaczął mówić znowu
- Z drugiej jednak strony, darzę Cię absolutnym zaufaniem. Potraktujmy to jako Twój dług wobec mnie. Ten jeden raz pozwolę Ci, abyś mógł oddać mi w wybranym przez Ciebie momencie jedną monetę.
- Zdrada! Kłamca! - krzyknął tryumfująco bogacz zza okna. - Obłudnik! - Wykrzykując, zaczął walić pięściami w drzwi chaty swego sąsiada. Starzec otworzył.
- Jesteś kłamcą i obłudnikiem! - powtórzył. - Powiedziałeś, ze nie przyjmiesz mniej niz sto, a teraz jakby nigdy nic napełniasz swoje kieszenie dziewięćdziesięcioma dziewięcioma dukatami. Jesteś kłamcą i kłamstwem jest twoja wiara w Boga. Cały czas chodzi Ci tylko o monety.
- Skąd wiesz o dziewięćdziesięciu dziewięciu monetach? - zapytał starzec.
- Wiem, poniewaz to ja przysłałem ci te dziewięćdziesiąt dziewięć monet, by pokazać, jaki z ciebie szarlatan. „Nie przyjąłbym zadnej sumy innej od stu”, ha, ha, ha! - przedrzeźniał słowa starca.
- I rzeczywiście nie zaakceptuję tego. Bóg odda mi ostatnią monetę wtedy, kiedy sam zdecyduje.
- On tobie nic nie ześle, bo, jak juz ci mówiłem, to ja ci wrzuciłem sakiewkę.
- Nie będę się z tobą spierał o to, czy Bóg uzył cię jako narzędzia do spełnienia mej prośby, czy nie. Ale te pieniądze wpadły do mego komina wtedy, kiedy się o nie modliłem, i są moje. Kazdy sąd to przyzna. Uśmiech zniknął z twarzy bogatego człowieka.
- Jak to „są twoje”? Ta sakwa i te monety są moje. Ja je wrzuciłem.
- Wola boska jest niepojęta dla istoty ludzkiej - powiedział starzec, wznosząc oczy ku niebu.
- Ty obłudniku i złodzieju! Mówiłeś coś o sądzie? Oddaj mi moje pieniądze albo właśnie podam cię do sądu, a wtedy stracisz resztę tego, co posiadasz, i zgnijesz w lochu za kradziez.
- Jedynym sędzią nade mną jest mój Bóg. Ale jeśli chcesz jechać do sędziego z miasta, to nie mam nic przeciwko temu, aby tę sprawę oddać w jego ręce.
- Dobrze, jedźmy w takim razie natychmiast. Nie ma na co czekać.
- Niestety, będziesz musiał zaczekać, az kupię sobie wóz. Na razie go nie mam, a chyba rozumiesz, ze człowiek w moim wieku nie moze sobie pozwolić na pójście pieszo taki kawał drogi do miasteczka.
- Nie musimy czekać. Dam ci mój wóz.
- Doprawdy, bardzo ci dziękuję. Przez wszystkie lata sąsiedztwa nigdy nie wyświadczyłeś mi zadnej przysługi. Ale mimo wszystko będziemy musieli zaczekać, az zima trochę ustąpi. Jest bardzo zimno i bez ciepłego ubrania nie dojechałbym zdrowy do miasteczka.
- Rozszyfrowałem cię. Próbujesz opóźnić spotkanie z sędzią - powiedział rozwścieczony bogacz. - Nic z tego. Dam ci swój kozuch, abyś mógł pojechać, i dołozę ciepłe buty. Masz jeszcze jakiś pretekst, aby nie jechać?
- Teraz nie - rzekł starzec. - Nie mogę odmówić.
Starzec nałozył kozuch, nowiutkie ciepłe buty, wdrapał się na wóz i ruszył w kierunku miasteczka. Za nim drugim wozem jechał bogacz. Kiedy dotarli na rynek w miasteczku, bogacz udał się od razu do sędziego, aby wnieść sprawę przeciwko starcowi. Bogacz opisał swój plan, którego celem było zniesławienie starca i udowodnienie jego słabej wiary. Opowiedział, jak do sakwy włozył dziewięćdziesiąt dziewięć dukatów, jak zrzucił ją starcowi przez komin, jak zakradł się pod okno oraz co widział i słyszał, a takze jak później starzec odmówił mu ich zwrotu.
- A ty co masz do powiedzenia na to wszystko, starcze? - zapytał sędzia.
- Wysoki sądzie, jestem zazenowany, ze ta sprawa trafia az tutaj. Mój sąsiad jest najbogatszym człowiekiem w całej wsi i jednym z najbogatszych w okręgu. Znam go ponad trzydzieści lat. Jest pazerny i chciwy. Nigdy nie wykazał się współczuciem ani zadnym miłosiernym aktem wobec nikogo. To jest najmocniejszy argument w mojej obronie. Czy wysoki sąd lub ktokolwiek, kto go zna, uwierzyłby, ze ten człowiek, tak skąpy i chciwy, mógłby włozyć prawie sto dukatów do sakwy i wrzucić ją przez komin do domu sąsiada, którego zresztą cały czas poniza z powodu jego ubóstwa? Wydaje mi się, ze ten człowiek mieszkając blisko mnie, zobaczył przypadkowo moje pieniądze i kierowany zachłannością, wymyślił całą tę historię.
- Wymyślił? Ty gadzie i złodzieju! - wykrzyknął bogacz. - Dobrze wiesz, ze mówię prawdę. Sam nie wierzysz w tę idiotyczną bujdę o Bogu przysyłającym ci pieniądze. Oddaj mi sakiewkę, bo cię rozszarpię.
- Wyraźnie widać, wysoki sądzie, ze ten człowiek jest bardzo wzburzony i zdenerwowany.
- Oczywiście! Nerwy mi puszczają, kiedy ktoś mnie okrada. śądam, abyś oddał mi sakiewkę.
Sędzia był w powaznym kłopocie. Argumenty obu męzczyzn brzmiały rozsądnie. Stanowisko zmuszało go do podjęcia decyzji, ale jaka decyzja byłaby najbardziej sprawiedliwa?
- Oddaj mi pieniądze, stary obłudniku - krzyczał bogacz. - Te pieniądze są moje, tylko moje.
Nagle bogacz, nie panując nad sobą, wskoczył na oddzielającą ich drewnianą balustradę i jakby w amoku, tracąc zupełnie panowanie, próbował wyrwać starcowi sakwę.
- Spokój! - krzyknął sędzia. - Straze! Porządek na sali! - Pojawienie się strazników uspokoiło nieco krewkiego bogacza
- Zwracam uwagę wysokiemu sądowi, do czego doprowadza go zachłanność. Gdyby udało mu się wyrwać sakiewkę, wcale bym się nie zdziwił, gdyby zaczął mówić, ze wóz, którym przyjechałem, tez nalezy do niego.
- Oczywiście, ze nalezy do mnie - krzyknął znowu wyprowadzony z równowagi bogacz. - Dałem ci go na przyjazd do miasta.
- I co, wysoki sądzie ? Jeszcze tylko by brakowało, zeby przywłaszczył sobie mój kozuch i nowe buty.
- Oczywiście, ze jestem ich właścicielem! Kozuch jest mój - krzyczał bogacz, tracąc zupełnie panowanie nad sobą. - Jest mój, wszystko jest moje: sakwa, dukaty, wóz, kozuch, buty... Wszystko jest moje, wszystko! - wrzeszczał jak opętany.
- Dość tego! Straze, uciszyć go - powiedział sędzia, który nie miał juz wątpliwości.
- Nie wstyd ci? Do czego się posuwasz? Chcesz odebrać temu biednemu człowiekowi nawet osobiste rzeczy. Jedyne rzeczy, które ma.
- Ale... one są...
- Dosyć tego. Nie ma zadnego „ale”. Jesteś chciwy, zachłanny i to do prowadza cię do obłędu. Nie panujesz nad sobą i nie wiesz, co mówisz - kontynuował sędzia. - Za próbę oszukania tego starego człowieka, wprowadzenie w błąd sądu i składanie fałszywych zeznań, skazuję cię na miesiąc więzienia i zapłacenie twemu sąsiadowi odszkodowania za cierpienia, jakich doznał, w wysokości dwustu dukatów.
- Czy mogę się wtrącić, wysoki sądzie - odezwał się starzec. - Czy mogę coś powiedzieć?
- Mów, starcze.
- Myślę, ze ten człowiek dostał juz nauczkę i jeszcze ją nieraz dostanie od zycia. Chociaz pozwał mnie do sądu i oskarzył, proszę o nadzwyczajne złagodzenie wyroku i nałozenie mu symbolicznej grzywny.
- To bardzo szlachetny gest, starcze. Ile proponujesz? Sto dukatów? Pięćdziesiąt?
- Nie, wysoki sądzie. Myślę, ze jeden dukat będzie wystarczającą karą.
Sędzia, nieco zdziwiony, uderzył młotkiem w stół i odczytał wyrok:
- Ze względu na szlachetność pozwanego, a nie na wolę sądu, skazuje się powoda na zapłacenie symbolicznej grzywny jednego dukata, którą musi uiścić natychmiast.
- Nie zgadzam się! - zawołał bogacz. - Sprzeciwiam się! Protestuję!
- Mogę przyjąć twój protest, ale tylko pod warunkiem, ze zrezygnujesz z tak szlachetnej propozycji tego dobrego człowieka, a wtedy będzie obowiązywał wyrok sądu.
Zdruzgotany bogacz, wyjął monetę i podał ją starcowi.
- Sprawa zakończona - powiedział sędzia i stuknął młotkiem.
Bogacz wybiegł wściekły. Wskoczył na swój wóz i szybko opuścił miasteczko. Starzec złozył ręce, skierował oczy niebu i rzekł: - Dzięki Ci, Panie, za tę ostatnią monetę. Niczego juz mi nie jesteś winien.
-Opowiadanie z książki Królickiego Zbigniewa - Bajki chinskie dla doroslych

środa, 30 maja 2012

Krótka historia herbaty w Polsce

Krótka historia herbaty w Polsce

historia herbatyРoсzątki herbatу w Рolsсe są równie сiekawe сo w innусh obszaraсh jej wуstęрowania, leсz nie takie dawne - sięgają drugiej рołowу XVIII wieku. Wtedу to rozрowszeсhnił się zwусzaj рiсia naрoju sрorządzonego z liśсi krzewu o botaniсznej nazwie Сamellia Thea.

Рierwsze zaрisу o herbaсie historусу odnaleźli w listaсh рarу królewskiej, króla Jana Kazimierza i Ludwiki Marii Gonzagi. Według tусh zaрisów król otrzуmał herbatę jako рodarunek i nie wiedział сo dalej z nią zrobić. Naрisał więс list do małżonki z рrośbą o konsultaсję z Franсji "w sрrawie ilośсi jakiej należу jednorazowo użуwać, a także ile do tego сukru sурać". Najрrawdoрodobniej król wiedział, że na franсuskim dworze рiсie herbatу jest рoрularne.

Herbata bуła w Рolsсe doсeniona nie tуlko jako lek, ale także jako środek рobudzająсу. Dr Ormiński, рrofesor zamojski w kalendarzu z 1703 roku рisał: "Liśсie Theae сo sрrawują? - sen odejmują bez рrzeszkodу" (do opisu pasuje herbata oolong).
Niestetу nie wszуsсу sрrzуjali herbaсie. Рrzуkładem może bуć рewien znanу рod konieс XVIII wieku рrzуrodnik Jan Kluk. Stwierdził on, że wszуstkie truсiznу Сhin mniej bу nam zaszkodziłу niż jedna herbata.
Ze względu na wуsoką сenę, рoсzątkowo herbata bуła рita głównie na dworaсh magnaсkiсh. Mimo, że organizowano tam sрotkania рodсzas którусh рito herbatę, zwусzaj jej рiсie nie uрowszeсhnił się. Рrzуszła na to рora gdу wojska rosуjskie wkroсzуłу do naszego kraju. W Rosji herbata bуła już bardzo рoрularna, mieli Rosjanie nawet sрeсjalne urządzenie do рarzenia herbatу - samowar. Wielkie znaсzenie na rozрowszeсhnienie się herbatу w Рolsсe miał też oсzуwiśсie sрadek jej сen.
Рoруt na herbatę zwiększуł się znaсznie w okresie рowojennуm. Traktowano ją wtedу głównie jako element рosiłku, jednak jakość ówсzesnej herbatу bуła mizerna сo nie рozwalało na rozsmakowanie się w tуm magiсznуm naрarze.
W сzasaсh obeсnусh herbata сieszу się stale rosnąсуm zainteresowaniem, Рolaсу рiją сoraz więсej herbatу. Niestetу nie wуkształсiła się u nas kultura związana z tуm naрojem. Рijemу głównie herbatу eksрresowe oraz granulowane i mamу małe рojęсie o sрosobaсh рarzenia herbatу.

Wyrzeźbiona czaszka z Tybetu.

Naprawdę niesamowite, niech zdjęcia przemówią:
Zapraszam

poniedziałek, 28 maja 2012

Tam gdzie rośnie herbata

Sadzonki herbaty trafiły na Sri Lankę dopiero w XIX w. Przywieźli je z Assamu Brytyjczycy po tym jak zaraza zniszczyła uprawianą do tej pory na wyspie kawę. Od tego czasu to właśnie herbata jest podstawą gospodarki Cejlonu i głównym produktem eksportowym.

Zapraszam na stronę skąd pochodzi to zdjęcie. Jest tam więcej zdjęć na których można zobaczyć drogę herbaty od krzaczka po liście pakowane w torebce.
http://www.peron4.pl/sri-lanka-tam-gdzie-rosnie-herbata/

czwartek, 24 maja 2012

Zrelaksuj się i przestań tak bardzo się starać.

Pewien człowiek chciał stać się oświecony i wyruszył na poszukiwanie mistrza. Znalazł go
i mistrz uczył go medytacji. Po jakimś czasie powiedział swemu nauczycielowi, że medytacja
przynosi efekty, bo zrozumiał, co to jest ego. Nauczyciel nie wyglądał na zachwyconego, co
zdziwiło ucznia, ale poszedł dalej medytować. Znowu upłynął jakiś czas i pochwalił się
mistrzowi, że jest w kontakcie ze swoim prawdziwym ja i doświadcza ekstazy. Znowu nie
zrobiło to wielkiego wrażenia na nauczycielu, ale uczeń kontynuował swoją praktykę. Po
dłuższym czasie powiedział nauczycielowi, że nie tylko odnalazł siebie, ale poczuł się
połączony ze wszystkimi formami życia, także z Bogiem. Nauczyciel znowu nie był
poruszony. A więc uczeń usiadł w milczeniu, zastanawiając się, co jeszcze może zrobić, aby
otrzymać jakiś znak uznania od swego nauczyciela za wszystko, co zrobił. Siedział tak przez
lata i nie mógł znaleźć odpowiedzi. Potem pojawiło się w nim jakieś nowe uczucie i
nauczyciel natychmiast to wyczuł. Zapytał go:
– Co cię teraz oświeciło?
Uczeń odpowiedział:
– A jakie to ma znaczenie? Siedzę sobie tutaj i dobrze mi. Nauczyciel podskoczył i zawołał
radośnie:
– Wreszcie zrozumiałeś!

-opowiadanie z książki Sisson P. Colin "Wewnętrzne przebudzenie"

Znaczenie kota w medytacji

Znaczenie kota w medytacji

 Po napisaniu książki o szaleństwie, byłem zmuszony zainteresować się jak wiele rzeczy wykonujemy z konieczności, a jak wiele z nich to absurd.
Dlaczego nosimy krawat?
Dlaczego wskazówki zegara przesuwają się "według wskazówek zegara"?
Jeśli żyjemy w świecie, gdzie obowiązuje system dziesiętny - dlaczego dzień ma 24 godziny, składające się z 60 minut każda?
Faktem jest, że wiele reguł, których przestrzegamy w dzisiejszych czasach nie ma logicznego wytłumaczenia.
Jednak, jeśli próbujemy działać inaczej, uznani zostajemy za szaleńców  lub niedorozwiniętych.
Tymczasem, społeczeństwo nadal tworzy różne systemy, które po pewnym czasie tracą rację bytu, mimo to nadal wyznaczają reguły.
Interesująca japońska opowieść ilustruje, co chcę przez to powiedzieć:
 Wielki mistrz Zen, sprawujący władzę nad klasztorem Mayu Kagi, posiadał kota, który był prawdziwą miłością jego życia. Podczas lekcji medytacji, zawsze trzymał kota przy swoim boku, żeby cieszyć się jego towarzystwem najdłużej jak tylko się da.

Pewnego poranka, znaleziono mistrza, który był już dość stary, martwego. Najstarszy uczeń zajął jego miejsce.
- Co zrobimy z kotem? - zapytali pozostali mnisi.
W hołdzie pamięci swojego byłego nauczyciela, nowy mistrz pozwolił kotu uczestniczyć w lekcjach Buddyzmu Zen.
Niektórzy uczniowie z sąsiednich klasztorów, którzy dużo podróżowali po regionie, odkryli, że w jednej z najbardziej znanych świątyń, kot bierze udział w medytacjach. Historia zaczęła się rozpowszechniać.

Minęło wiele lat. Kot zmarł, ale uczniowie w klasztorze byli tak przyzwyczajeni do jego obecności, że kupili kolejnego kota. Tymczasem inne świątynie zaczęły wprowadzać kota do swoich lekcji medytacji; wierzyły, że to właśnie kot był odpowiedzialny za sławę klasztoru Mayu Kagi i jakość jego nauczania, zapominając, jak znakomitym nauczycielem był poprzedni mistrz.

Minęło całe pokolenie. Zaczęto publikować specjalistyczne rozprawy naukowe o znaczeniu kota w medytacji Zen. Profesor uniwersytetu opracował tezę, zaakceptowaną przez środowisko akademickie, że kot posiada zdolność do zwiększania ludzkiej koncentracji i eliminowania negatywnej energii.
I tak, przez całe stulecie, kot był uważany za niezbędny element w nauce Buddyzmu Zen w tamtym regionie.

Pewnego dnia przyjechał tam mistrz, który był uczulony na sierść kota i zadecydował o usunięciu kota z codziennych zajęć z uczniami.
Wszyscy protestowali, ale mistrz obstawał przy swoim. Ponieważ był utalentowanym nauczycielem, uczniowie nadal czynili postępy, pomimo nieobecności kota.
Stopniowo, klasztory - zawsze poszukujące nowych pomysłów i zmęczone karmieniem tak wielu kotów - zaczęły usuwać koty ze swoich klas. Przez następne dwadzieścia lat pisano nowe, rewolucyjne rozprawy naukowe, noszące przekonujące tytuły, takie jak: "Zachowanie równowagi wszechświata Zen, używając jedynie mocy własnego umysłu, bez pomocy zwierząt".

Minęło kolejne sto lat i kot całkowicie zniknął z rytuału medytacji w tamtym regionie. Aż dwieście lat zajął powrót do normalności, a wszystko tylko dlatego, że w tym czasie nikt nie pomyślał, żeby spytać, czemu tam był kot.
Paulo Coelho
Pisarz, który poznał tę historię wieki później, napisał w swoim dzienniku:
"Jak wielu z nas w swoim życiu kiedykolwiek ośmieli się spytać: dlaczego zachowuję się w taki, a taki sposób? Jak często w tym co robimy używamy nieskutecznych "kotów", których nie mamy odwagi się pozbyć, bo powiedziano nam, że "koty" są niezbędne, żeby wszystko szło gładko?"

środa, 23 maja 2012

Niedźwiefons i srotak

Na Skraju gęstlasteglasu w wielgotnaskini
głośrażajapał niedźwiefons gruszliwy
Szarała tyci tyci myszodziej skradcichu się
bo wielgotnaskinia jest pobrzegpełniona biżutotem

wszystgactwa codziennosiły wynastępczoki
sprytakikowały swofiary w parniedaleroty
babcitająca gazetborczą odpoczysiedzącokojnie
Był ciekagającykuł o srotak Na pierwokładstronie

gazetbornikarze i medinnikarze w tenposóbstrzegają
"Kiedpadnieci kupiebo na wierzchkrycie lepniechylało"
w twj samej chwili wynastępczoka kupbiła na kwiatbabpudnice
babchylająca niewogólważyła wynastępczoki opuszczakrycie

wynastępczoka szybjedruchwała drogirale z babszyi
taksamszybciała wogólanim okolicudzie cokolważyli
niedźwiefons z wynastępczokami za biżutotem zamiaukłamiał
przed niebezpieczmyślisownikami baczchraniał

niedżwiefons sobwieszstkie naszyjbranzzegarote
i tak przozdobszystkiskotkami na okoliczlane wychodziotem
był też szpaktówszyśladował i niedźwiefonsa przeciwbierzy
pobiersztukopłat mówięc "Dwieśzłosięlerzy"
-M.K. (Won Shim) 2010